Nie sądziłam, że obserwowanie śmieci może być tak fascynujące. Był zmrok, kiedy dotarłam z lotniska do domu księży pallotynów przy parafii Maria Reina. Dom znajduje się w tzw. dzielnicy tolerancji, jednej z wielu w stolicy Kolumbii. Porozrzucanych śmieci, resztek, odpadów, starych szmat i butelek nie dało się nie zauważyć, mimo zapadającej ciemności. Śmieciarze, w maseczkach i rękawicach pieczołowicie pracowali, by pozbierać je do worków. Udało się! Kiedy następnego dnia rankiem wyjrzałam przez okno worki nadal były, ale już nieco nadwerężone. Wokół nich stopniowo gromadziło się coraz więcej ludzi. Koło południa sytuacja wróciła „do normy”, do tutejszej normy. Śmieci z worków znów trafiły na ulicę, która zaczęła przypominać wysypisko odpadów. Okoliczni i nieokoliczni mieszkańcy, ubodzy, „habitantes de la calle” – ludzie ulicy, uzależnieni od narkotyków, alkoholu, prostytucji, ludzie z marginesu – co parę godzin rozsypują worki, by szukać tam czegokolwiek, co jakkolwiek nadaje się do użycia. Resztę pozostawiają. Okoliczni mieszkańcy dorzucają do tego przez okna skórki od bananów, opakowania po żywności i wszystko to, co normalnie powinno trafiać do kosza na śmieci. Po południu ulica z trudem przypomina fragment miasta. Kupy śmieci czekają wytrwale, aż po zmroku znów pojawiają się śmieciarze w maseczkach i rękawicach, by pieczołowicie zebrać śmieci. Wszystko chodzi jak w zegarku – powtarza się o ścisłych porach. Pytanie, jaki czas ten zegar odmierza? Czy czas bez Boga? Bo nawet drzewa, które rosną wzdłuż ulicy mają dziwnie suche i mizerne liście, jakby Bóg o nich zapomniał. A może Bóg w jakiś sposób objawia się w dzielnicy tolerancji w Bogocie? Może przez swoją nieobecność? A może przez obecność pallotyńskich misjonarzy?

Monika Mostowska