Gdyby opisać mój przyjazd do Indii w konwencji scenariusza hollywoodzkiego filmu z lat 70-tych, to wyglądałoby to mniej więcej tak: Nasz samochód wyjeżdża z lotniska w Hyderabad i od razu wjeżdża na autostradę. Cięcie. Zjazd z autostrady na trasę szybkiego ruchu. Cięcie. Zjazd na szeroką drogę jednopasmową. Cięcie. Przeciskamy się przez zatłoczone większe miasto. Cięcie. Jedziemy wąską drogą. Cięcie. Stoimy, bo musimy przepuścić najpierw stado krów a potem owiec. Cięcie. Naprawdę wąska i dziurawa droga wśród pól bawełny i papryki chili gotowych do zbioru. Cięcie. No i tu by jeszcze pasowała piaszczysta droga, na której samochód wzbija kłęby kurzu, ale jednak nie jesteśmy w Holywood i do parafii prowadzi wąska, bo wąska i dziurawa, ale jednak asfaltowa droga. Niemniej jednak nie mamy wątpliwości, że jesteśmy na peryferiach świata, o których wspomina Papież Franciszek, w wiosce Vutukur, której nazwa na lotnisku nic nie mówi oficerowi imigracyjnemu niedowierzającemu, że przyjechałem do Indii tylko w celach turystycznych i co więcej – przez cały 10-dniowy pobyt nie mam zamiaru się ruszać z Vutukur.

 

Peryferie

W Indiach jestem pierwszy raz, więc nie mam porównania, czy jest to typowa indyjska wioska, ale że bogata nie jest widać od razu: byle jakie domy, bez gustu, bezładnie budowane, obskurne sklepiki, krowy wylegujące się na poboczu drogi, wałęsające się chyba bezdomne psy, świnie wolnobiegające grzebiące w wszędzie walających się śmieciach, a przy samych kościele rząd namiotów pokrytych brezentem – tak dobrze mi znanych z Demokratycznej Republiki Konga.

– Uchodźcy tutaj? – pytam proboszcza.

– Nie. To sezonowi robotnicy – wyjaśnia. – Przyjechali na czas zbioru papryki chili i bawełny. Rozbijają się tutaj, bo daję im prąd i wodę za darmo.

No właśnie proboszcz – ks. Kishore. Człowiek – kontrast do opisanego pejzażu. Dla niejednego objęcie takiej parafii byłoby stygmatem i przekleństwem. Ks. Kishore zachowuje się tak, jakby trafił do raju i złapał Pana Boga za nogi. Z entuzjazmem opowiada: Jak widzisz kończymy nowy kościół. Mam pięć filialnych kościołów. Jeden już odnowiłem. Pozostałe czekają. Wydzierżawiłem pole od miejscowych właścicieli. Uprawiam, oczywiście, chili i bawełnę. Chili, oczywiście, lepszy gatunek. Widzisz te hałdy suszącej się papryki? Tak na oko leży tu około od 3 do 4 tys. Euro. A jeszcze zbiory trwają. Ale najbardziej zależy mi na dzieciach – mówi. Widzisz to pole przed plebanią. Tu za rok stanie szkoła. Już Cię zapraszam na przecięcie wstęgi. Potrzebuję tylko na postawienie parteru jakieś 80 tys. euro. Oczywiście, liczę na Ciebie – uśmiecha się.

Zaraz, moment! Próbuję się pozbierać po prawie 24 godzinnej podróży, właściwie bez spania. Jakie 80 tys. Euro? Umówiliśmy się na 10 tys. euro rocznie wsparcia edukacji dla dzieci. Oki, oki – uśmiecha się Kishore, – to już obiecane. Szkoła to nowa rzecz. Jutro przyjdzie inżynier i pokaże Ci plany.

Rano po przebudzeniu widzę w holu gromadę dzieci śpiących na podłodze. No wiesz, wyjaśnia proboszcz. Wczoraj miały zajęcia, nie chciałem, aby po nocy wracały do domu, zresztą o 7 rano msza dla nich. Po mszy idziemy do nowego kościoła w stanie surowym – tylko ściany. Na brezentach położonych na gołym betonie dwie gromady dzieci. Tu się uczą na razie dzieci, dla których ma powstać szkoła.

Inżynier przynosi plany. Budynek prosty jak stodoła: osiem klas + pokój dla nauczycieli, dyrektora i administracyjny. Żadnych toalet (te będą na zewnątrz), żadnej kuchni (obiady też gotuje na zewnątrz – zresztą to tylko ryż z jakimś sosem), żadnych korytarzy (jest ciepło więc z klas wychodzi się od razu na plac). Jak tylko dostaniemy pieniądze – trzy miesiące i szkoła stoi – Kishore się stale do mnie uśmiecha. Przecinasz wstęgę – kusi.

Na nic tłumaczenia, że 80 tys. euro to połowa tego mamy na wszystkie projekty, że musimy mieć czas na zorganizowanie zbiórki. Ostatecznie, stanowczo stwierdzam – mogę Ci w lipcu przysłać 15 tys. euro, ale tak proboszcz uśmiecha się od ucha do ucha. Za rok zapraszam na przecięcie wstęgi!

Wieczorem jednak, w czasie programu artystycznego młodzieży, w huku, że ciężko swoje myśli usłyszeć Kishore nachyla się do mnie i krzyczy do ucha:

– Father, you have promised me fifty or fifteen thousend euro?

– Fifteen – odkrzykuję

– Means Five zero? – nie daje na wygraną KIshore.

– No!, – odkrzykuję – one five!

Już nie wspomina o zaproszeniu na przecięcie wstęgi, ale dalej pozostajemy przyjaciółmi.

 

autor: x. Jerzy Limanówka

 

Kwota w PLN:

Tytuł wpłaty:
E-mail :

paymento