Przygotowania do wyjazdu na wolontariat misyjny trwają od kilku miesięcy do roku, zależnie od zgromadzenia czy organizacji, która je proponuje. Nasze, pallotyńskie zajęło sześć miesięcy, od spotkania integracyjnego po wzruszające rozesłanie na Jasnej Górze podczas nocnego czuwania w kaplicy Matki Bożej.

Comiesięczne zjazdy uczą, bawią, wychowują. Za pomocą zdjęć, filmów i spotkań z doświadczonymi wolontariuszami rzucają światło na odległą rzeczywistość misji.

Czas przygotowania w kraju to pierwsza próba dla motywacji. Część chętnych odpada już na tym etapie. Jednorazowy poryw serca to za mało. W decyzji trzeba jeszcze wytrwać.

– Temat misji zawsze mnie interesował. Lubię podróże, ale zwiedzając turystycznie widzi się ten lepszy świat – opowiada Jola, która trafiła do grupy wolontariackiej werbistów pociągnięta przez koleżankę. – a ja od dawna chciałam zobaczyć życie od podszewki. Poza tym lubię pomagać ludziom. Tym bardziej, że jestem na wcześniejszej emeryturze i mam czas. Mogę robić to, co lubię, a finansowo jakoś udaje się poskładać.

Kolejnym etapem jest konfrontacja ze środowiskiem. Rodzina, przyjaciele, nawet lekarz pierwszego kontaktu mają swoje zdanie na temat wyjazdu.

Jaś i Małgosia, małżeństwo z przeszło dwudziestoletnim stażem po upublicznieniu decyzji o wyjeździe musiało przebrnąć przez falę krytyki. – Jak można zostawić dzieci. Jesteś wyrodną matką – takie opinie słyszała przed wyjazdem Małgosia. Ich dzieci mają dziewiętnaście, siedemnaście i dziesięć lat. Najmłodsza, Michasia była całym sercem za wyjazdem rodziców – Wiem, że jest z nas dumna. Opowiada o naszej przygodzie koleżankom. W ogóle dzieci nas wspierają, nasi rodzice i rodzeństwo też. Gorzej znajomi, chociaż opinie balansują między podziwem i pukaniem w czoło. Gdybyśmy mieli wątpliwości czy możemy dzieciom zaufać nie zostawilibyśmy ich na miesiąc. Poza tym chcemy, żeby wiedzieli, że bezinteresowna praca dla innych ma wartość. Nie żyjemy tylko dla siebie.

Ważnym punktem na drodze do wyjazdu jest zbieranie środków. Nawet jeśli pracujemy za darmo na danej placówce, nasze utrzymanie to koszt jedzenia, prądu, wody, transportu. Dlatego wolontariusze organizują zbiórki w parafiach, proszą o pomoc przyjaciół. Wsparcia często udzielają pracodawcy i współpracownicy. Dla samodzielnych finansowo osób proszenie o pieniądze na wyjazd misyjny to potężne wyzwanie. Dlatego trzeba pewne rzeczy poukładać w głowie i w sercu – „poczuć z Kościołem”. Zrozumieć, że to nie jest nasza fanaberia czy niezdrowa ciekawość, ale potrzeba Kościoła Powszechnego, który posyła wolontariusza „na rolę”. Brzmi górnolotnie, ale składa się z rzeczy najprostszych.

Kiedy kwestie formalne – pieniądze, wiza, urlop – są już załatwione, zaczyna się pakowanie, zbieranie materiałów do pracy na miejscu. Towarzyszy temu dużo emocji, wyjeżdżającym po raz pierwszy, moc niepewności. – Żyliśmy dniem codziennym, nie chcieliśmy się nadmiernie zastanawiać. Trzeba było się spakować, więc się spakowaliśmy. Dodatkowo dla mnie to była pierwsza podróż samolotem i od razu do Afryki. W sumie, od wyjścia z domu byliśmy w drodze przeszło 35 godzin. Ale minęły spokojnie – mówi Małgosia.

A co czeka wolontariusza na miejscu? Na pewno zdziwienie. Dokądkolwiek ruszamy trzeba uzbroić się w otwartość, na ludzi, na kulturę, na warunki. Wiele rzeczy nie będzie mieściło się w głowie. Nie szkodzi.

Pierwsze dni na dalekiej obczyźnie niosą ze sobą pewne niebezpieczeństwa. I nie chodzi wcale o komary i węże. Pełni zapału wolontariusze chcą zmieniać świat, od razu zakasać rękawy i zostawić po sobie piękne dzieło. A tymczasem rzeczywistość ma swój rytm i swoje zasady, które trzeba uszanować.

Niewielu udaje się też przeskoczyć etap porównywania. A u nas tak, a tu inaczej. Oczywiście, że inaczej. Dlatego właśnie warto poczekać i popatrzeć. Wgryźć się w tę inność, która też ma swoją logikę. Ale na to potrzeba czasu i chęci wchodzenia w relacje.

A czym zajmuje się wolontariusz? Nie zawsze tym, co umie najlepiej. Czasem tylko tym, co sobie wyobrażał. Zwykle tym, co akurat jest do zrobienia, a wielokrotnie są to rzeczy związane z codziennym funkcjonowaniem placówki: sprzątanie, gotowanie, naprawianie rozmaitych usterek, zakupy i wiele innych. Praca ramię w ramię z miejscowymi daje okazję do wzajemnego poznawania, które zaczyna się od uśmiechu i pierwszych magicznych słów: dzień dobry, jak się masz, dziękuję. Do tego niewyczerpana gama gestów i wspólna modlitwa – niezwykle ważny, bardzo jednoczący czas każdego dnia.

I życie samo płynie.

Tekst: Ula Kacprzak

Chcesz zostać wolontariuszem Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl – zgłoś się: wolontariat@salvatti.pl, do końca września