Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej – tak mówimy i czujemy, kiedy po podroży oddychamy dobrze znanym powietrzem, zapachem bliskiego miejsca i odnajdujemy znajome twarze.

Mój pobyt w Kibeho trwa od przeszło dwóch miesięcy. Tutaj mieszkam, pracuję i poznaję Rwandę przez pryzmat tubylców. Tymczasowo, oczywiście. W końcu wolontariat nie trwa wiecznie. Przed wyjazdem trzeba było postawiać sobie pytanie, ile czasu ma trwać?

Pierwsze kroki w nowej rzeczywistości stawia się raczej niepewnie. Ograniczają przede wszystkim język i kultura. Zanim zaczęłam odróżniać dźwięki w lokalnym języku kinyarwada, minęły dwa tygodnie. Potem pomalutku, słowo po słowie, żeby pozdrowić nieznajomego na ulicy, podziękować, okrasić zakłopotany uśmiech kiedy ktoś ściska rękę na powitanie. To raczej zabawa językiem niż nauka, ale z dnia na dzień udaje się sklecić zdanie albo odmienić czasownik, lub też nazwać jedzenie na stole. Szczytem szczęścia jest śpiewanie refrenu pieśni w czasie mszy św. w miejsce nieśmiałego murmurando.

Ta odrobina komunikacji pomaga wejść w relacje. Chciał nie chciał, jesteśmy tu obcy. W małym miasteczku, gdzie każdy każdego zna, nowa, tym bardziej biała twarz, to sensacja. Można próbować się ukryć, ale to daremny wysiłek. W końcu i tak dopadnie nas chmara dzieciaków, które będą chciały dotknąć białej skóry czy długich włosów. Co odważniejsze spróbują ukradkiem polizać rękę chwyconą w czasie wspólnej drogi. Na początku wszyscy mamy to samo imię – bombom, czyli cukierek albo umuzungu – biały, jedno z drugim nierozerwalnie związane. Ale czas robi swoje. Bywa, że spotykam młodzież, która przywołuje imiona nauczycielek sprzed kilku lat, wolontariuszek, z Polski czy ze Słowacji – Aleksandra, Dorota, Zuzka. Były tu i zostawiły ślad w czyimś życiu, a ktoś w ich, bez wątpienia.

W pobliskiej szkole uczy się kilkaset nastolatków. Widujemy się w kościele, masa uczniów w jednakowych mundurkach. Dwie dziewczyny w czasie wakacji były na stażu w naszym domu pielgrzyma. Są w programie “Pomagam Wzrastać”, to dzięki niemu mogą kontynuować naukę. Wspólnie świętowaliśmy ich osiemnaste urodziny. Była niespodzianka, świeczka, śpiew, nawet klapsy na pupie. Potem długa rozmowa o przyszłości, o marzeniach… Magiczne chwile dziewczęcych zwierzeń z nagłym chwytaniem za rękę i wybuchami śmiechu. Wakacje minęły, internat ma restrykcyjny regulamin, ale wypatrujemy się w poniedziałki i soboty po mszy św. Mamy sto metrów na uściski i wymianę nowinek. Można je odwiedzić raz w miesiącu, w niedzielę, na terenie szkoły – czekają.

Są też chłopaki-rozrabiaki. Mają po szesnaście lat. Życie ich nie oszczędza, chodzą do pierwszej klasy, dzięki pomocy tego samego programu co dziewczęta. Widujemy się codziennie, szliśmy razem w pielgrzymce, przychodzą z dziurami w nogach, głowami do strzyżenia, pustymi brzuchami. Łobuzy jak się patrzy, ale swoje.

To naturalnie tylko namiastka. W relacje wchodzi się wszędzie. Może najmocniej we wspólnocie, z którą dzieli się codzienność, a więc przestrzeń domu i czas posiłków. Podobnie z pracownikami w domu i w obejściu. Nie powinny dziwić ich, początkowo nieufne, spojrzenia.

Dlaczego o tym piszę?

Wracam do pytania z pierwszego akapitu. A zatem na jak długo przyjechać na wolontariat?

Moje dwa miesiące minęły zbyt szybko. Tygodnie, które pozostały wydają się chwilą. Ale miał miejsce punkt zwrotny. W tym tygodniu wyjechałam na kilka dni do stolicy. Powrót był długi z licznymi sprawami po drodze. Późno wieczorem dotarłam do pokoju i zrzucając plecak pomyślałam “wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. I druga rzecz. Dziś o poranku, tuż po mszy św. witałam się z siostrą zakonną, sąsiadką z “zza płotu”. Powiedziała mi “przyzwyczailiśmy się do Ciebie” i uściskała serdecznie.

Po przeszło dwóch miesiącach mam imię, dom i bliskich. Straciłam poczucie tymczasowości. A już za kilka tygodni muszę wyjechać.