2024

Spis treści :

 

Misja w Pallotti PressWiesława i Adam Niściór 

U Sióstr Misjonarek Miłości w HawassieAleksandra Woronowicz i Małgorzata Kleszcz

 

 

 

Etiopia – Hawassa

 

 

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

U SIÓSTR MISJONAREK MIŁOŚCI W HAWASSIE

17.03. – 21.04. 2024

Aleksandra Woronowicz i Małgorzata Kleszcz

 

17 marca 2024 r. po Uroczystości wręczenia Krzyży Misyjnych przez bpa Prospera Lyimo z Tanzanii, która odbyła się w Kościele Parafialnym pod wezwaniem Zesłania Ducha Świętego Księży Pallotynów w Otwocku i po uroczystym obiedzie, Ola i Gosia z pośpiechem, jak Maryja śpiesząca do krewnej swej Elżbiety, szybko skierowały się na lotnisko, by o 17.10 wyruszyć do Etiopii, na swą misję w Awassie, gdzie będą pomagać i służyć w Szpitalu sióstr Misjonarek Miłości. Czekamy na ich relacje.

 

21.03.2024

 

Dobry wieczór, bo u nas właśnie powoli się ściemnia. Jak co wieczór burza, dająca ulgę po upale. Czujemy się bardzo dobrze, mimo początkowego przeziębienia. Dużo modlitwy, zabawy z dziećmi – jutro urządzamy im szkołę, sala do tego przygotowana została dzisiaj. Ola opatruje rany, ja głównie siedzę z dziećmi, ale kochany tutejszy Pastor zaangażował mnie w prowadzenie zajęć. Jest pięknie. Mimo ze ciężko i biednie. Pozdrawiamy.

 

23.03.2024

Kochani, dziś mija piąty dzień odkąd jestem z Gosią w Hawassie. Ludzie są tu niesamowici. Dzieci codziennie stoją pod naszymi drzwiami i wołają „sisters”. Przytulają nas i trzymają za ręce. Siostry są kochane, dbają, żebyśmy miały co jeść. Gosia większość czasu spędza z dziećmi, uczy ich angielskiego. Ja pomagam przy opatrywaniu ran. Niestety są tu też bardzo smutne widoki, widać ogromną biedę. Wszyscy ludzie są bardzo życzliwi i chcą nam pomagać na każdym kroku. Wysyłam kilka zdjęć, abyście chociaż trochę mogli poczuć ten klimat.
Pozdrawiamy.

 

2.04.2024.

 

 

Pierwsze dni w Hawassie to były największe upały. Przywitały nas temperatury ponad 32 stopniowe, od godziny 12.00 do 15.00 najmniejszy wysiłek był wyczerpujący. Poza palącą temperaturą, na „dzień dobry” w ośrodku Matki Teresy wybiegły nam dzieci. W rożnym wieku, z różnymi, mniej i bardziej zauważalnymi schorzeniami. Złamane ręce, rany na ciele, zaropiałe oczy, problem z wątrobą. Bez względu na to ochoczo biegły do nas krzycząc „sisters, sisters!”. Przyglądały się temu z wielkim zaciekawieniem ich matki, niektóre w ciąży niektóre z malutkim dzieckiem na plecach w chuście. Do ośrodka trafiają kobiety od razu po urodzeniu lub będące w zaawansowanej ciąży.

 

 

 

 

 

Wyjątkowo niełatwym widokiem była dla nas kobieta z mocną chorobą psychiczną, która nawet nie patrzyła na nas, a jej brzuch wskazywał na 9 miesiąc ciąży. Dziś jej mała córeczka jest w ośrodku, zajmujemy się nią. Mama nie chce jej nawet karmić. Inne kobiety przygotowują jej mleko.

 

Przez deficyt pampersów używamy chust, które wiążemy na dziecku. To niestety powoduje, że dzieci nawet te najmłodsze, leżą przez jakiś czas w mokrych ubrankach.

 

Na zdjęciach poniżej Ola i Gosia z Siostrami z ośrodka Matki Teresy oraz po lewej z s. Kamilą FMM, Polką.

 

Po dwóch tygodniach, które ostatnio minęły, kobiety są dużo bardziej otwarte, robią nam warkoczyki, przytulają się i często próbują przekazać coś w ich języku. My znamy już kilka słów: dziękuję, dobrze, jak się nazywasz. Komunikacja wbrew pozorom nawet nam wychodzi.

 

Ja pomagam w przygotowywaniu obiadów, ścieram buraki, marchewkę.
Pewnego dnia wpadłam na pomysł, że pomogę kobietom w pralni – zgodziły się na tylko chwilę pracy w „obawie o moją białą skórę”. Ola, z którą jestem na misji, zaczęła pracę w budynku obok tego dla kobiet. Tam trafiają chorzy mężczyźni. A przekrój chorób właściwie się nie kończy. Ola mimo, że jest pielęgniarką mówi, że to najgorsze i najbardziej zaniedbane rany, jakie opatrywała.
Pierwszego dnia zajęła się chłopcem, którego rana na głowie była tak czerwona i głęboka, że bałyśmy się o jego życie. Chłopiec około 12-letni, bardzo dzielny. Dziś głowa wygląda dużo lepiej.

 

Jest godzina 07:30 rano, skończyła się Msza, od której zawsze zaczynamy dzień z siostrami. Dziś jest deszczowo, ale mieszkańcy Hawassy mówią, że to szczęście dla rolników. Cieszymy się więc razem z nimi.

 

 

 

 

 

Jest 4 kwietnia 2024 roku czyli w Etiopii 4 lipca 2024 roku.
To mój 25 dzień pobytu w Ośrodku Matki Teresy z Kalkuty. Pierwsze dni były pełne emocji. Po zostawieniu walizek od razu poszłyśmy zapoznać się z tutejszymi mieszkańcami. Wszyscy bardzo miło nas przywitali. Siostra Adelaida, która prowadzi tutejszy Ośrodek oprowadziła nas po nim. W jednym budynku są kobiety z dziećmi, a w drugim mężczyźni. Przekrój wieku jest ogromny. Od noworodków po osoby starsze. Siostry mają przepiękny ogród, jest bardzo zielono. Są przepiękne kwiaty.

Dzień zaczynamy od Mszy Świętej, która jest o godzinie 6.30 w tutejszej kaplicy, potem mamy czas na śniadanie, zazwyczaj dostajemy od Sióstr bułki i dżem. Następnie udajemy się do pracy. Gosia zazwyczaj spędza czas z dziećmi, uczy ich angielskiego, ja natomiast pomagam tutejszemu pielęgniarzowi przy zmianie opatrunków. Pacjenci przychodzą tu z ogromnymi ranami, jakich nigdy w życiu nie widziałam. Bandaże, które przywiozłyśmy z Polski skończyły się po tygodniu. Niestety tutejsze bandaże i gazy są dużo gorsze niż nasze.

 

Poniżej na zdjęciach brama do ośrodka Sióstr Matki Teresy. Osoby oczekujące przed bramą na wejście do ośrodka. Dalej – dzieci podczas zajęć.


 

Po pracy spędzamy czas z maluchami, gramy w piłkę nożną lub siatkówkę z mężczyznami. Na obiad jemy zazwyczaj to, co jest przygotowywane w tutejszej kuchni, zazwyczaj są to ziemniaki, makaron i tutejsza potrawa injera.

 

Są dni kiedy brakuje prądu i wody w kranie, ale jesteśmy na to przygotowane, kiedy jest woda napełniamy nią beczkę, żeby nigdy nam jej nie zabrakło.

 

W pierwszą niedzielę pobytu Siostry zabrały nas na mszę do pobliskiego kościoła. Msza była piękna, były śpiewy i tańce. Po mszy wszyscy uczestnicy dostali jedzenie.

W sobotę 30 marca zaprosiła nas do siebie Siostra Kamila FMM, która jest Polką od wielu lat mieszkającą w Etiopii. Pokazała nam Bushulo Mother and Child Health Specialty Center, w którym pracuje jako położna. Następnie odwiedziłyśmy pustelnię Getsemani, która mieści się nad samym jeziorem.

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie dni spędziłyśmy na pakowaniu paczek, w których mieściły się mąka fasola i olej. Było ich aż 600. Dziś wraz z siostrami udałyśmy się do wioski oddalonej około 40 kilometrów, aby rozdać to najuboższym.

Zdjęcie Kościoła, w którym byłyśmy na Mszy św.

w pierwszą niedzielę naszego pobytu w Awassie.

Jutro, tj. 5 kwietnia, w regionie Sidama jest sylwester, tutejsi mieszkańcy świętują go dwa dni. Dzisiaj przyjaciel sióstr zabrał nas, abyśmy wybrały tradycyjne ubrania na jutrzejszy dzień. Jesteśmy bardzo ciekawe jak świętują go mieszkance Hawassy. Właśnie jestem  w tradycyjnym etiopskim stroju sylwestrowym.

 

 

 

 

 

 

 

Rwanda – Kigali

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

MISJA W PALLOTTI PRESS

14.02. – 24.03. 2024

Wiesława i Adam Niściór

 

 

 

 

Po dwudziestu godzinach podroży, trzech samolotach, dwóch przesiadkach, wreszcie dotarliśmy do znanego nam tylko z opowiadań kontynentu – tajemniczej Afryki.
Zostaliśmy odebrani przez sympatycznego księdza Jean Paula i przywiezieni do Pallotti Press, miejsca naszego teraźniejszego zamieszkania.

 

 

 

 

Jak zdążyliśmy się zorientować, na terenie, gdzie mieszkamy są dwie wspólnoty: wspólnota parafialna z kościołem i dom prowincjalny i Pallotti Press – drukarnia, gdzie jemy posiłki. Cały kompleks bardzo zazieleniony ma na swym terenie również kaplicę, bar otwarty dla wszystkich i hotel – gdzie mieszkamy. Wszyscy witali się z nami bardzo radośnie. Dostaliśmy piękny pokój, którego okna wychodzą na ogród, a rano obudził nas śpiew ptaków. Dostaliśmy smaczne śniadanie, pyszny obiad. Na razie Afryka wygląda mało afrykańsko;-0, nie tak jak z naszych wyobrażeń. Myśleliśmy, że zaczniemy tu wielki post, ale jak dziś słyszymy w pierwszym czytaniu, nie na takim poście zależy Panu Bogu – i tak Słowo realizuje się w życiu.

Dziś był dzień zwiedzania. Ksiądz Jean Paul pokazał nam drukarnię Pallotti Press. Mogliśmy zobaczyć jak w czarodziejski sposób myśli pojawiają się na papierze. Poznaliśmy historię produkcji „Kinyamateki” i „Hobe”.

Odwiedziliśmy przedszkole, gdzie pracują siostry Pallotynki i chwilę bawiliśmy się z dziećmi na placu zabaw. Prawie każdy chciał dotknąć „białasa”, jego włosów, uściskać go, pogłaskać po głowie, a byli i odważniejsi, którzy chcieli zabrać okulary, czy zajrzeć do torebki w poszukiwaniu jakiś prezencików.

Wreszcie był też sprawdzian dla nas. Byliśmy na lekcji i braliśmy udział w prezentacji uczniów, po angielsku i francusku. Sami też zaprezentowaliśmy się, nie wiem czy tak dobrym angielskim, ale tym razem było bez przygotowań. Dzieciaki zadziwiły nas otwartością, przyjaznym stylem i uśmiechem. Edukacja jest tu na wysokim poziomie. Pięciolatki uczą się angielskiego i francuskiego, a ich rodzimy język to kinyarwanda.

18.02.24.

 

Jak na razie poznajemy Afrykę z jej bogactwami, jej życzliwość i wielką radość. Mieszkamy w ładnym zielonym zakątku, wśród wielu roślinności, palm i śpiewu ptaków.
Jesteśmy mile goszczeni, smakujemy przepyszne jedzenie o niespotykanych w Polsce smakach.

Próbujemy owoców, które tylko wyglądem przypominają nasze z supermarketów czy targów. Mango, marakuja, a nawet banany smakują tu zupełnie inaczej. Może po afrykańsku. Chciałoby się powiedzieć, że smakami wymieniliśmy się z misjonarzami. Jednak to my korzystamy z ich gościnności i dobrego serca.

Przywieźliśmy im tylko, jako drobny prezencik, jabłka, ptasie mleczko i suchą kiełbasę krakowską. Podobno takich rzeczy w Afryce trudno znaleźć. Wyglądało na to, że podniebienia naszych gospodarzy były również usatysfakcjonowane. Dla nich to też były nowe doświadczenia smakowe.

 

 

 

 

 

Dziś niedziela – Dzień Pański. Było nam dane przeżywać Eucharystię w języku kinyarwanda, w tutejszej Parafii razem z Rwandyjczykami. Nikt się nie spieszył, nie zerkał na zegarek, a czas płynął…i po dwóch godzinach otrzymaliśmy błogosławieństwo. Cały Kościół był pełen kolorowo ubranych ludzi, radośnie śpiewających pieśni, których melodia wpadała nie tylko do ucha, ale tworzyła modlitewną atmosferę, a niektórym nawet wywoływała gęsią skórkę na rękach. Zostaliśmy przywitani jako wolontariusze z Polski oklaskami i miłymi uśmiechami. Oczywiście nie obyło się również bez uścisków ręki i przytulasów. Parafianie byli bardzo otwarci i przyjaźni dla nas, szczególnie ci młodsi. Bycie jednymi białasami w dużej społeczności to dziwne doświadczenie.

 

25.02.24.

Tak minęło półtora tygodnia od czasu, gdy wylądowaliśmy na tym pełnym kontrastu kontynencie.
Zdążyliśmy zauważyć, że miejsce, gdzie mieszkamy, jest naprawdę oazą w tej stolicy. Zmieniliśmy pokój, mieszkamy na drugim piętrze i teraz rano można obserwować, które ptaki budzą nas swym śpiewem.

Tydzień upłynął pod hasłem pracy w drukarni. To dobry czas. Poznajemy ludzi, historie ich życia i realia życia w Rwandzie. Widzimy ich mentalność, inne podejście do problemów, inne priorytety. Nawzajem dziwimy się, że coś jest normalne, powszechne. Wzbogacamy się swoimi kulturami. Dla nich to chyba ważne, że jesteśmy wśród nich, siedzimy obok, przekładamy razem kartki, lepimy okładki do książki. Na pytanie Adama „Co można zrobić, by pracowało się im lepiej, co można usprawnić? Usłyszeliśmy, że nic (a trzeba dodać, że my zmienilibyśmy tam prawie wszystko), to że siedzę obok, to jest równouprawnienie, usłyszeliśmy. Jak zwykle nawet w Afryce udało nam się być „mistrzami dobrego pierwszego wrażenia”. Ludzie obdarzają nas niezwykłą życzliwością, troską, przyjaźnią. Są bardzo otwarci. Mamy ustalony plan dnia. Pobudka, Msza św. lub modlitwa poranna w kaplicy, która jest po drodze do naszego miejsca posiłków, śniadanie i praca. Pracujemy od ok 8.00 do 17.00 z przerwą na lunch o 12.30 do 13.00. O 19.00 jemy dinner. I tak mijał dzień za dniem w tym tygodniu. Ja brałam udział w powstawaniu książek, informatorów, a Adam reperując, co się da.

 

Wczoraj mieliśmy spotkanie „na szczycie” z Księdzem Prowincjałem. Podzieliliśmy się naszymi pomysłami na współpracę przy Hobe i wydaje się, że zostały przyjęte bardzo entuzjastycznie. Plan i pomysły są, a co z nich wyrośnie w rękach Pana. Wydaje się, że w przyszłym tygodniu pójdziemy do szkoły, by próbować czy nasze pomysły dostosują się do realiów prawdziwego życia w Rwandzie. Daj Boże, by coś się udało nam zrobić dobrego dla tych najmłodszych.

 

Wczoraj mieliśmy też czas zwiedzania centrum, sklepów i największego targu w Kibironho. Pojechaliśmy tam taksówkami. To najpopularniejszy środek lokomocji w Kigali i dla nas koszt to niecały dolar.

Dziś planujemy uczestniczyć w Mszy św. w języku suahili i zwiedzić pobliski park, który jest podobno oazą ptaków.

 

 

 

 

w centrum Kigali.

W sklepie.

Na targu.

 

 

 

 

Na targu, w centrum i ptak w naszym w ogrodzie.

 

 

 

 

29.02.2024

 

Wczoraj udało nam się iść na prawdziwy lekcyjny dzień do placówki Sióstr Pallotynek – G. S ST Vincent Pallotti mieszczącej się w Gikondo, jakby dzielnicy Kigali. Są tu trzy grupy przedszkolne i dwie szkolne. Dzieci są niezwykle otwarte, radosne i ciekawe białego człowieka. Dotykają skóry rąk, włosów, ściągają okulary przeciw słoneczne. Podchodzą, witają się, przytulają. Szkoła wydaje się być naprawdę na niezłym poziomie. Wszyscy uczniowie, w zależności od grupy do jakiej należą, mają swoje mundurki. Każdy oddział innego koloru. Proste koszulki z odpowiednim mottem. Pierwszaki „ Discipline, Amour, Intelligence”. W szkole uczą się francuskiego, kinyarwanda, suahili i angielskiego, chociaż nie mają książek, kolorowych przyborów i kreatywnych pomocy do nauczania. Sale są skromnie wyposażone. Dzieci uczą się od 8.00 do 13.00 – młodsze, a do 14.00 starsze. Między lekcjami mają przerwy: na śniadanie, a także na zabawę w ogrodzie, czy na placu zabaw.

Raz w tygodniu, właśnie w środę, jest specjalny czas „Club”. Byliśmy uczestnikami dobrej zabawy przy muzyce. Byłam pod wrażeniem otwartości nauczycieli i takiej integracji. Dwie godziny radosnego bycia razem. Dołożyliśmy swoją cegiełkę, a właściwie to powinnam napisać naszą wspólną cegiełkę, bo właśnie Wy dawaliście swoje pieniądze, byśmy mogli zakupić, wczoraj przez nas, używaną Chustę Klanzy. Dziękujemy za Wasz udział w naszym pobycie tutaj. Wiele entuzjazmu wzbudziło wielość kolorów. Pompowaliśmy balony, które dostaliśmy od Wydawnictwa „Promyczek”, za które również dziękujemy. Chyba się wszystkim ten czas bardzo podobał.

Dziś byłam w dwóch grupach przedszkolnych. Z jedną utrwalaliśmy angielskie nazwy kolorów, korzystając również z chusty i używaliśmy też kolorowych balonów, a z drugą kolorowaliśmy kwiatka, by potem utrwalać, jakże trudną umiejętność, posługiwania się nożyczkami. Starszaki wykonywały symboliczny koszyczek wielkanocny. Każdy chciał być zauważony „Maja, look at me” słyszałam nieustannie. Bardzo to było miłe. Wspaniale, że dzięki Wam mamy swoje kolorowe kredki, temperówki, klej, nożyczki. Na koniec zrobiliśmy wystawę z naszych prac.

A Adam? Co może robić Adam? Pracował trochę z dzieciakami oczywiście, ale potem reperował drzwi, zorganizował wymianę szyby w oknie i spawanie pękniętej huśtawki oraz przygotowywał się do jutrzejszego reperowania szafek. To był bardzo miły i pracowity dzień.

 

7.03.2024

 

Korzystając z dobroci polskich pielgrzymów, którzy przyjechali na zwiedzanie Rwandy, zabraliśmy się z nimi do Kibeho, miejsca objawień Maryi. Wyjechaliśmy dziś i plan jest taki, by wrócić w poniedziałek wieczorem do naszej pracy. Nowe doświadczenie. Możemy zwiedzać inną Rwandę – kraj tysiąca wzgórz. Poniżej plantacje trzciny cukrowej i pola ryżowe.

Zwiedziliśmy Rubare miejsce, gdzie w 1990 r. był Papież Jan Paweł II i ufundował sierociniec dla dzieci, żeby kilka lat później został on zamknięty przez prezydenta Rwandy. Dlaczego? Sierot i dzieci ulicy jest tutaj wiele, ale jakoś nie mogą być oficjalnie zauważone. Budynki zostały zamienione na szkołę i miejsca, gdzie dzieci mogą przychodzić w weekendy.

 

Byliśmy w Ruhango – Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, właśnie w dzień, gdzie Ewangelia jest o Marnotrawnym synu lub dla innych o Miłosiernym Ojcu, a podobno trzeci jej tytuł to „Przeoczony ojciec” – bardzo ciekawa interpretacja.

Kwiaty z ogrodu w Ruhango. Po prawej: strelicja królewska, wersja biała.

 

Dalej Nyanza i zamki królewskie. Kolejno: zamek, palenisko i wejście do sypialni. A potem Królewska Krowa…

 

W Kibeho mamy bardzo owocny czas. Modlitwy, słuchania historii, spędzania go z wizjonerką, bycia z ludźmi. Kibeho jest wioską pięknie położoną – 162 km od Kigali, ale jedzie się tam 4 godziny po Rwandyjskich drogach. Maryja po raz pierwszy ukazała się tutaj w 28.11.1981 r. jednej uczennicy szkoły średniej Alphonsine Mumureke, przedstawiając się jako „Matka Słowa”. Dwa i pół miesiąca potem pokazywała się kolejnym dwom uczennicom tej samej szkoły – Natalie Mukamazimpaka i Marie Claire Mukangango. Za czas zakończenia objawień uznaje się dzień 28.11.1989.
Przesłanie objawień zawarte zostało w 10 punktach.

W Kibeho jest też ośrodek dla niewidomych, prowadzony przez Siostry Franciszkanki, te same co w Laskach. Zresztą sam ośrodek jest zbudowany z funduszy Polaków za czasów Lecha Kaczyńskiego, na podobieństwo naszego ośrodka. Mieszka tam 140 dzieciaków nie tylko z Rwandy. Kilkoro dzieci jest z Ugandy i Tanzanii. Ośrodek jest prowadzony bardzo profesjonalnie. Dzieci uczą się bardzo dużo i uzyskują bardzo wysokie wyniki. Siostry mówią, że uczniowie chcą się uczyć ile im sił starcza, nie trzeba ich do nauki zachęcać. Dzieci mają miejsce do mieszkania, dostają posiłki i zdobywają edukację. Jeżdżą do domu na święta i wakacje i… nie zawsze jest to miły czas. Często wracają głodne i brudne.
Spotkanie w ośrodku było bardzo, bardzo wzruszające. Podziwialiśmy ciężką pracę sióstr i oglądaliśmy dzieci w trakcie ich nauki. Siostry oczywiście utrzymują się głównie dzięki ofiarności ludzi i to głównie z Polski. Dotacje od Państwa są zbyt małe, by prowadzić taką szkołę dla niewidomych. Utrzymanie takiego ucznia to ok. 2 000 zł rocznie. Można takie dziecko sponsorować poprzez adopcję serca. W tym ośrodku, tuż przed naszym przyjazdem był nasz Prezydent ze swoją żoną. O tej wizycie mówią nawet dzieci w przedszkolu. Wszyscy są pod ogromnym wrażeniem jego postawy. Każdy nam o tej wizycie opowiada. Ośrodek, od Pary Prezydenckiej, dostał maszynę do drukowania brajlem. Dzięki temu dzieciaki będą mogli czytać książki, które w Rwandzie są bardzo drogie. Wszyscy są bardzo szczęśliwi z tego podarunku. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem prowadzenia tego ośrodka, wielkiego zaangażowania sióstr, ich radości, ale też z entuzjazmu dzieciaków. Widzieliśmy jak się uczą, grają w piłkę, śpiewają. To było bardzo przejmujące miejsce.

 

We wtorek powrót do szkoły, naszej nowej pracy. Pokazywaliśmy dzieciakom prezentację o Polsce i naszych uczniach. Ileż było entuzjazmu na widok naszej jesieni, czy zimy. Przed wyjazdem Ania moja przyjaciółka – nauczycielka ze szkoły w Magdalence, zorganizowała w dzień św. Walentego akcję „Serce dla Rwandy”. Dzieciaki kupowały przygotowaną galaretkę i w ten sposób zbierały pieniądze dla naszych Rwandyjczyków. Ania wykazała się wielkim zaangangażowaniem, pomysłowością i zaradnością. Nauczyciel z pasją. Aniu dzięki za Twoją inicjatywę! Bez proszenia, nagabywania… Sama z Siebie. Trochę tam jakby to była jej Misja, jakby była tu z nami. Pokazywaliśmy naszym dzieciom te zdjęcia. (Nasze to teraz Rwandyjskie). Za te pieniądze na razie kupiliśmy piłki, których w szkole nie ma, bo są za drogie. W ogrodzie stoją dwie bramki, ale nie wykorzystywane. Może teraz? Na wszystkie nowości dzieci reagują WOW… Wielkie dzięki uczniom z Magdalenki!

Polscy uczniowie przygotowali również dla swoich Afrykańskich kolegów listy które zostały przez nas przekazane. Ileż było radości. Dzieci ściskały te listy, były wdzięczne. Podziwiały swoich nowych kolegów.

Dziś odbyło się nasze spotkanie on line. Plan był taki, że połączymy się na timsach. Nasze dzieciaki zatańczą swój tradycyjny taniec i zaśpiewają piosenkę. Uczniowie z Magdalenki zagrają i zaśpiewają. Nie było łatwo… dzieli nas ponad 10 tys. kilometrów, 124 godz. ciągłej jazdy samochodem, 76 dni na piechotę. Połączenie między Afryką i Europą, delikatnie mówiąc nie należało do najłatwiejszych. Nasze dzieci były super przygotowane, chociaż to naprawdę zupełnie inna kultura. Dziewczyny tańczą taniec królewskich krów, jak one wyglądają widzieliście wcześniej, a chłopaki wojowników. Niesamowite. Wyobrażacie sobie, by powiedzieć Europejce, by uczyła się tańca królewskiej krowy? Nie słyszeliśmy grania polskich uczniów, ale cóż. Może uda się innym razem, a może uda się posłuchać nagrania. Tak czy inaczej pierwsza próba poznania się już za nami. Nasze dzieci były pełne entuzjazmu, z wielką ciekawością wpatrzone były w ekran, gdzie mogły zobaczyć inny kontynent. Nauka tego tańca nie należy do najłatwiejszych.

16.03.2024

Trudno w to uwierzyć, ale właśnie szybkimi krokami zbliżamy się do dnia naszego odjazdu. Zaczynamy pakowanie, kończymy nasze działania. Czas płynie bardzo szybko i chociaż oczywiste tęsknimy do domu, to trudno w to uwierzyć, że jesteśmy tu już pięć tygodni. Każdy dzień jest zapełniony podobnymi czynnościami. Wstajemy, jesteśmy w kaplicy, jemy śniadanie, idziemy do szkoły, wracamy na obiad, przygotowujemy się do kolejnego dnia.
Adam głównie zajmuje się jakimiś reperacjami i bawi się z dzieciakami. Praca z pomocnikami to jest atrakcja!

Natomiast ja oswajam dzieci z kredkami, nożyczkami, klejem. Wykonujemy jakieś prace plastyczne, w których najważniejszą rzeczą jest zauważenie starań, zmagań z trudną czynnością wycinania czy dokładnego malowania. Każdy chce być zauważony, doceniony, pochwalony.

Oczywiście między pracą jest też zabawa.

W weekend dalsza część poznawania Rwandy, kraju tysiąca wzgórz, niesamowitych krajobrazów, czerwonej ziemi i wielkich kontrastów. Brat Zdzisław zabrał nas na północ, byśmy mogli podziwiać piękny krajobraz wulkanów i Jezioro Kiwu. Droga długa, chociaż w kilometrach niewiele. Krajobraz bardzo się zmienia. Bogactwo przeplata się z biedotą. Owoce ananasów, bananowce, drzewa kawowe.

Po drodze zwiedzamy niesamowicie piękne miejsce na wyciszenie, rekolekcje czy zwykły odpoczynek. U Sióstr Ogniska Miłości Ruhondo Remera.

Napotkani przechodnie.

Wulkany. Cel każdej podróży. Przepiękne krajobrazy.

Nocleg w Kinoni, Parafii Pallotyńskiej. To nieco inny krajobraz. Chodzimy po okolicy i widzimy tu ludzką biedę. Szkoła, ośrodek zdrowia.

Wracając jedziemy jeszcze nad jezioro Kivu i podziwiamy przepiękny krajobraz. Dziękujemy za troskę o nas byśmy mogli zobaczyć różnorodność tego kraju.

Zbliżając się do końca naszego pobytu, po woli oddaję ostatnie przywiezione z Polski rzeczy i widzę potrzebę opowiedzenia nauczycielom o sposobach korzystania z nich, szczególnie z gier. Mówię im, że jak chcą możemy się spotkać w dogodnym dla nich czasie i mogę im pokazać znane mi zabawy z chustą Klanzy, czy z przywiezioną grą Dooble – dar od Ani. Spotykam się z przyjęciem mojej propozycji i w piątek po lekcjach z dziećmi, spotykamy się na mini „szkoleniu dla nauczycieli”. Bardzo owocne spotkanie. „Zamieniłam wszystkich w dzieci” i razem poznawaliśmy nowe zabawy czy utrwalaliśmy te, które już wcześniej zostały pokazane dzieciom. Przyznam, że nauczyciele z łatwością wcielili się w nowe role i pełni zaangażowania uczestniczyli we wszystkich proponowanych przeze mnie aktywnościach. Czas pełen radości i zabawy. Mam nadzieję jednak, że to był czas prawdziwego instruktażu, który przełoży się na zabawę z dziećmi.

24.03.224

 

 

I tak dożyliśmy dnia naszego wyjazdu. Ostanie trzy dni były czasem podsumowań, ładnie mówiąc ewaluacji, podziękowań i pożegnań, które nie były łatwe oczywiście. Ostatni dzień w szkole, ostatni spacer, ostatnia kolacja, czeka nas jeszcze ostatnia Eucharystia i podróż do domu – z nadzieją i wiarą, że nie ostatnia. Dziś będziemy razem przeżywać Niedzielę Palmową. Mamy już swoje gałązki prosto z ogródka.

 

Ostatnie zdjęcia oczywiście. Tyle dobrych i miłych słów usłyszeliśmy. I jak na „beksę” przystało nie zabrakło też wylanych łez. Oczywiście przychodzą pytania o to jaki był ten czas. Długi, a jednak tak krótki. Ile zrobiliśmy, a ile można było zrobić? Jak zrealizowaliśmy plan? Ale jaki był prawdziwy plan do zrealizowania? Przypominają mi się słowa piosenki bardzo aktualne dziś dla nas:

 

„Jaki był ten dzień, co darował, co wziął.
Czy mnie wyniósł pod niebo czy rzucił na dno.
Jaki był ten dzień czy coś zmienił czy nie.
Czy był tylko nadzieją na dobre i złe”

 

 

Tak myślimy, że może po powrocie ułożą się w nas wrażenia i łatwiej nam będzie spojrzeć na ten wypełniony samymi nowościami czas. Mamy nadzieję, że byliśmy raczej pomocnikami niż „psujami” Pana Boga. Spotkaliśmy tu wielu wspaniałych ludzi, ich życzliwość, troskę, otwartość. Widzieliśmy piękny kraj tysiąca wzgórz, czerwonej ziemi, a także kraj ogromnych kontrastów i całkiem innej kultury.
Mamy nadzieję, że po powrocie i okrzepnięciu z wrażeń, zorganizujemy czas, by się spotkać i jeśli komuś było mało opowieści, jeśli będziecie mieli pytania co do tej dalekiej Afryki, to będziemy się z Wami dzielić tym, co mamy.
Dziękujemy Wam za pamięć, za modlitwę, troskę, słowa wsparcia i pociechy. Bez Was nie byłoby nam tak łatwo.

A przed nami czas podróży. Plan jest taki, że wylatujemy z Kigali o 15.50, a w Polsce mamy być o 9.30 w poniedziałek 25 marca 2024. Nasze podróżowanie na afrykańską ziemię, które rozpoczęło się w środę popielcową, dobiegło końca wraz z końcem Wielkiego Postu. Jesteśmy wdzięczni za wszystko, co zostało nam tu dane.

 

Wiesia i Adam