Spis treści :

 

 

 

Misja w Pallotti PressWiesława i Adam Niściór 

U Sióstr Misjonarek Miłości w HawassieAleksandra Woronowicz i Małgorzata Kleszcz

5 tygodni misji w EtiopiiMałgorzata Kleszcz

Przez dialog do serca, wolontariat misyjny w KolumbiiIwona Ziarniecka i Maria Gałwa

Wolontariat w domu dziecka w Badepuram, IndieAnna Mleczak

Na misji w Rwandzie: MasakaEwelina Małota

Na misji w Rwandzie: RuhangoBogumiła Brant, Paulina Mattik

 

Rwanda – Masaka

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

Rwanda, Masaka

2.07 – 11.08. 2024

Ewelina Małota

 

 Dnia 2 lipca 2024 r., w godzinach wieczornych na lotnisku Okęcie w Warszawie spotkały się 3 dzielne wolontariuszki, które wyruszą za chwilę na swój wolontariat do Rwandy. Początek będzie wspólny, razem polecą tym samym połączeniem do kraju zielonych wzgórz, a potem ich misje się nieco rozdzielą. Ewelina zostanie w Masace, a Bogusia i Paulina pojadą dalej do Ruhango, gdzie podejmą wyzwania misyjne, które dla nich wszystkich Duch Święty starannie przygotował. Każda z nich będzie służyć swoimi talentami, zdolnościami i umiejętnościami zawodowymi. Na Okęciu z powodu dodatkowego bagażu, którego system nie mógł ogarnąć, lot był opóźniony o ok. 2 godziny, więc dziewczyny straciły planowane połączenie z Addis Abeby do Kigali. Zyskały tam kilka godzin czasu, by lepiej zapoznać się z lotniskiem w stolicy Etiopii. Wszystko się na coś może przydać. Ale po kolejnych trudach z pewnym opóźnieniem dotarły w końcu do celu swej podróży, do Rwandy. 

Oto kilka fotek z lotniska w Addis Abebie.
Już w Rwandzie. Jeszcze razem.
Wczoraj z bratem Zdzichem zawieźliśmy Paulę i Bogusię do Ruhango. Dużo się działo. Zaraz po tym, jak dziewczyny się rozpakowały w Masace, dowiedziały się, że teraz jest jedyny moment, w którym wspólnie mogą jechać do Ruhango. To jak szybko się spakowały, to mistrzostwo.

 

 

Afryka zdumiewa! Z jednej strony jest to zupełnie inna natura, klimat, kultura, tradycje, obyczaje – po prostu inny świat. A z drugiej człowiek czuje się tu jak w domu. Dotarłam do ośrodka misyjnego 6 dni temu i jeszcze do wczoraj nie wiedziałam, czy cokolwiek będę mogła zaoferować lokalnej społeczności, a dziś już mam pełen grafik i chyba będę potrzebowała zdobyć umiejętność bilokacji. Od dzisiaj oferuję masaż przy klinice Sióstr Pallotynek w Masace. Choć nie zgłosił się jeszcze żaden pacjent z dolegliwościami pleców, to służę na razie domownikom w ich problemach z kręgosłupem. Przed kolacją zaplanowałam im dodatkowo zajęcia fitness. Również i oni dbają o linię.

 

No i na koniec niespodzianka, bo podczas pisania tego tekstu, wyrwano mnie najpierw na mszę św., a potem na masaż. A w międzyczasie dowiedziałam się, że jutro zaczynam zajęcia z języka angielskiego z dziećmi w różnym wieku, bez jakiejkolwiek znajomości angielskiego lub francuskiego. Zatem siadam do nauki kinyarwanda, żeby jakkolwiek móc się z nimi porozumieć.

 

Od jutra zaczynam zajęcia z dziećmi. Muszę być przygotowana na wszystko, bo siostra, która organizuje mi podopiecznych, jest na razie nieosiągalna, więc nie znam jeszcze miejsca, godziny, grupy wiekowej, językowej… podsumowując, nic nie wiem. Ale sprawa nie jest trudna, na początek zawsze najlepszy jest ruch, taniec, zabawa (i słodycze), aby zintegrować i zachęcić do powrotu.

 

Wygląda na to, że będę mogła też pomagać/ szkolić z obsługi komputera i w razie potrzeby rozwiązywać proste problemy z dziedziny IT.

Odwiedzam dziś szkołę. Trwają przygotowania do zakończenia roku szkolnego.

W szkolnej bibliotece – egzemplarze w języku polskim.

Trochę się wprosiłam, ale siostra była wyrozumiała. Warto było, bo biblioteka skrywa skarby.

 

Dziś byłam z jedną z sióstr w biedniejszej części miasta odwiedzić starszego pana, który… cóż aż trudno to opisać. A na zdjęciu chłopcy grający piłką zrobioną z jakiś śmieci. Ale radochę mieli przednią. Brat Zdzichu ma ogromne serce. Pomaga wszystkim jak może. Wszystkie dzieciaki go kochają.

 

Od 18 lipca

Zakończyłam moją relację na przygotowaniach do prowadzenia zajęć z angielskiego dla dzieci w różnym wieku, które mówią tylko w kinyarwanda. Mimo wielkich chęci zabrakło mi talentu, żeby w jedną noc nauczyć się lokalnego języka (ciekawe dlaczego?…), więc przygotowałam program zarówno dla kilkulatków, jak i nastolatków oparty na praktyce, z mnóstwem humoru, śpiewu, zabaw, interakcji, po prostu istny show. A oto moi uczniowie!

Wolontariuszki z Niemiec, które wraz ze mną przebywają na placówce misyjnej zgodziły się pomóc. Nie było wiele czasu na wyjaśnienia, więc powiedziałam im tylko, że będę zarówno „wodzirejem tej imprezy”, jak i reżyserem i że będę je instruować na bieżąco. Dziewczyny wzięły sobie to do serca, co bardzo im się chwali, i czekały przez całe 2 godziny kursu na jakiś znak ode mnie, który ostatecznie nie padł, bo pojawił się pewien tyci problem. Zamiast dzieci na zajęcia przyszli sami dorośli. Ale faktycznie byli w różnym wieku, i mówili tylko w kinyarwanda.

 

Improwizacja nigdy nie była moją mocną stroną, jednak jestem tu już 2 tygodnie i czuję, że to się szybko zmieni. Trzeba być przygotowanym na wszystko. Na przykład, że przyjdziesz do szkoły prowadzić lekcje, a okaże się, że zajęcia zostały odwołane. Zaoferujesz, że przygotujesz aerobik, co siostry przyjmują z entuzjazmem wyznaczając termin za pół godziny. Chcesz przeszkolić kadrę kliniki z ćwiczeń rehabilitacyjnych na problemy z kręgosłupem lub zaproponujesz masaż pleców, a poproszą cię o masaż nóg i pokazanie ćwiczeń na łydki, na czym się w ogóle nie znasz. Podzielisz się pomysłem na prowadzenie zajęć z geografii, wiedzy o świecie, kulturze, żeby rozbudzić wyobraźnię, pokazać coś, czego przeciętny Rwandyjczyk nigdy nie doświadczy. A ostatecznie będziesz wykładać geografię zgodną z rwandyjskim programem nauczania. Czyli budowanie na placu zabaw makiety z wulkanem, lasem, rzeką, zbieranie kamieni itd. Przypomnę tylko, że nadal prowadzę zajęcia dla dorosłych ludzi.

 

Co by się nie działo, jest to skarbnica nowych doświadczeń, wyzwań, ale przede wszystkim radości spotkania z drugim człowiekiem. Integracja poszła tak szybko, że nawet nie zauważyłam kiedy, a już mam rzeszę przyjaciół wśród moich studentów, Pallotyńskich duchownych, wolontariuszek, prepostulantek itd. Teraz trochę o każdym z nich.

 

Uczniowie to pracownicy fizyczni szkoły sióstr Pallotynek. Grupa składa się z 18 osób. Są weseli, głodni wiedzy i orzeszków, które im przynoszę, aby po ciężkiej pracy umysłowej mieli siły do dalszej pracy fizycznej. Gdyby nie ich entuzjazm i wyrozumiałość na wszystkie moje wpadki, to chyba nie odważyłabym się kontynuować tych lekcji.

 

Mam ogromne szczęście, że są ze mną wolontariuszki z Niemiec. Julie i Rahel mieszkają tu już od roku, więc przetarły szlaki i mogą służyć radą w stylu europejskim, co zdecydowanie jest dla mnie łatwiejsze w odbiorze i zrozumieniu tutejszego „systemu”.

Paulinę i Bogusię już znacie z ich relacji wolontariackich, ale muszę o nich wspomnieć, bo chyba nie mogłam trafić na lepsze kompanki. Czuję, że mogłabym się od nich wiele nauczyć, gdyby dane nam było zostać razem. Choć nasza wspólna podróż trwała tylko 2 dni, to mimo że na odległość, mam w nich wierne i troskliwe towarzyszki.

 

Ośrodek, w którym mieszkam należy do zgromadzenia sióstr Pallotynek w Masace, które prowadzą obok klinikę i szkołę oddaloną o jakieś 20-25 min piechotą. Siostry z pochodzenia to Rwandyjki, Tanzanki lub Kongijki, jest też jedna z Burundi. W sumie jest ich 9, ale w okresie wakacyjnym, mogą wyjeżdżać na urlop, niektóre z nich są wysyłane na inne misje lub na rekolekcje/dni skupienia, więc nie sposób zastać je wszystkie razem. Siostry są bardzo życzliwe, gdy jest sposobność tłumaczą mi treść kazania podczas mszy, dbają by niczego mi nie zabrakło i pilnują, żebym dużo jadła. Próbowałam choć trochę dotrzymać im kroku w jedzeniu, ale po 2 dniach nie wytrzymałam i teraz tylko zjawiam się na obiad. Warto wspomnieć, że panuje tu zasada wspólnych posiłków z siostrami tylko w niedzielę. Wolontariusze mają osobne pomieszczenie. Mimo wszystko Siostry witają mnie z otwartymi rękami, gdy nie mam z kim spożyć przygotowanej uczty. Ciągle mi powtarzają, że nadaję się na jedną z nich i że przyjmą mnie w swoje szeregi bez zbędnych formalności. Po takich słowach chyba każdy poczułby się wyróżniony, a nawet zaszczycony… dopóki nie usłyszałby, że mówią to wszystkim.

 

Prepostulantek przebywa tu około 20. Przeciętnie po roku czasu każda z nich zostaje wysłana do innego ośrodka już jako postulantka przygotowująca się do dalszych etapów na drodze do złożenia przyrzeczeń pallotyńskich. Na początku myślałam, że są to nastolatki, bo wszystkie są niezwykle żywe, towarzyskie, lubią żartować, śpiewać, bawić się, no i przede wszystkim wszystkie wyglądają zdumiewająco młodo. Absolutnie nie pomyślałabym, że są w przedziale wieku 24-40 lat. Pracują i modlą się całymi dniami, więc, gdy tylko nadarza się okazja (święcenia kapłańskie, które przyozdabiają swoim śpiewem, godzina footbolowej rekreacji w każdą sobotę po generalnych porządkach) cieszą się każda chwilą.

Gotowaniem i sprzątaniem zajmuje się Mama Florence – tak ją nazywają prepostulantki. Jest to osoba świecka, która mieszka w ośrodku misyjnym. Jest niezwykle ciepła, skromna i opiekuńcza. Niczym dobra matka czuwa nad prepostulantkami, ucząc je tego, co sama potrafi. Piękne jest to, że zauważa każdy drobiazg, w którym może uczynić dobro. Nawet, jeśli jest to tylko dobre słowo w lokalnym języku, rozumiem co mi chce przekazać.

Poznałam też dwóch polskich duchownych pallotyńskich, Brata Zdzicha i Księdza Andrzeja. Obaj są głęboko oddani posłannictwu, które wyznaczył im Bóg w tym kraju i chętnie witają i wspierają wszystkich wolontariuszy i pielgrzymów z Polski i nie tylko. Ja sama zawdzięczam im już tak wiele, że trudno będzie mi się odpłacić (podróże, karta SIM, wymiana waluty, liczne prezenty, niespodzianki, praktyczne rady, dobre słowo, gotowość do pomocy w każdej sprawie). Pozostaje mi tylko powiedzieć: „Bóg zapłać!”.

Choć są to zupełnie odmienne osobowości, na obu patrzę z podziwem. Dzieło, które czynią opiszę następnym razem, a dziś o wycieczce do Kinoni, na którą Brat zabrał mnie i Rosę – Hiszpankę, która przyjechała do Rwandy. Poniższe zdjęcia są z drogi do Kinoni.

Kinoni jest zlokalizowane na północy kraju. Od stolicy dzieli je ponad 70 km. Jako, że w rwandyjskim krajobrazie nie sposób znaleźć nawet kawałka powierzchni płaskiej, droga zajmuje więcej czasu niż można by się było spodziewać, nawet z tak wyśmienitym kierowcą jak Brat Zdzichu. Do tego dochodzą: korki w Kigali, szaleni taksówkarze rowerowi i motocyklowi przejeżdżający na czerwonym świetle, dosłownie przed maską samochodu, 50-minutowa blokada ruchu z okazji przejazdu prezydenta, obładowane ciężarówki rodem z lat 70, które jakimś cudem jeżdżą, a nawet wtaczają się na górę. A mówimy tu o wysokościach solidnie przekraczających naszą tatrzańską dumę. Właściwie już sama jazda samochodem tak malowniczą trasą jest niezapomnianym przeżyciem.

 

 

 

Po krótkim postoju w Nyirangama, która słynie ze źródeł wody mineralnej ruszyliśmy aż pod same wulkany, zahaczając o park, w którym można było zobaczyć makiety goryli będące wizytówką tego regionu oraz chaty wybudowane na wzór, tych w których mieszkali królowie/wodzowie plemienia. Atrakcji było tylko kilka, jednak jak widać na zdjęciach bawiłam się wyśmienicie. Warto wspomnieć, że w porze suchej bardziej prawdopodobne jest spotkać goryla zrobionego z patyków niż żyjącego na wolności. Dotyczy to też pozostałych zwierząt w licznych parkach narodowych Rwandy, jednak nam udało się zobaczyć kilka małpek na drodze.

 

 

 

Następny przystanek mieliśmy w małej miejscowości, która utrzymuje się głównie z turystów. Mieszkańcy oferują tu rękodzieło, oprowadzanie po wiosce, w której mieszkają w lepiankach i uprawiają, co tylko się da, gdyż jest tu dużo chłodniej niż w Kigali, a i gleba na terenach wulkanicznych nie sprzyja uprawie. Zatem słodkich bananów, ananasów czy awokado tu nie uświadczysz. Gwoździem programu, który przygotowali mieszkańcy dla odwiedzających jest gorące powitanie na obiekcie, który choć jest daleką reminiscencją wioski tubylczej, to bawi swoim kolorytem. Wystarczyło, że Brat Zdzichu szepnął słówko wodzowi plemienia, wcisnął mu w dłoń jakiś banknot, a w parę sekund zostałam wciągnięta do orkiestry plemiennej. Na pożegnanie Brat chciał rozdać lizaki kliku dzieciom, które stały przy samochodzie, ale skończyło się na tym, że rozdał ich chyba z kilkadziesiąt. Rzesza rąk wyciągniętych po słodycze, pojawiła się dosłownie znikąd.

Pasterka i pasterz z Kinoni.

Kinoni jest położone na wysokości 1317 npm, blisko wulkanów. Jest to uboższy region, z uwagi na trudne warunki życia. Problem z wodą, górzyste tereny, mało urodzajna gleba, chłodniejszy klimat itd. Pallotyni opiekują się tu kościołem pod wezwaniem św. Józefa, szkołą i kliniką. Dom w którym mieszkają księża, bracia i seminarzyści (jest ich tam chyba w sumie 4-5) został zbudowany przez Hiszpan, którzy użyli okolicznej ziemi zamiast zaprawy murarskiej, co zapewnia amortyzację w razie trzęsienia ziemi. Ogromnie pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie ciepła woda pod prysznicem. Brat zamontował tam pompę, dzięki czemu na ciśnienie wody również nie można narzekać. Takie kombo naprawdę lubię.

Ogrody, zarówno siostry jak i bracia, mają bajeczne. Jakby im było mało, że gdy codziennie wstają rano, mają widok na 8 wulkanów.

Nieopodal Pallotyni rozpoczęli budowę szkoły z internatem dla ubogich dziewcząt. Jednak w związku z brakiem funduszy, prace zostały zatrzymane. Brat Zdzichu jest gorąco zaangażowany w ten projekt agitując do wsparcia finansowego, jak i pilnując kwestii technicznych budowy

Szkoła w budowie w Kinoni

 

W drodze powrotnej, podobnie zresztą jak w drodze docelowej Brat nakupował owoców i innych przysmaków od przydrożnych sprzedawców, z czego nie wiem, czy cokolwiek zostawił dla siebie, bo widziałam tylko jak rozdaje hojną ręką podarunki nawet osobom, których nie zna.

Pełno w tej relacji zachwytów, zatem obiecuję, że w następnej przejdę do mrocznej strony Afryki, którą poznałam.

 

 

 

 

 

 

 

 

c.d. nastąpi.

 

 

 

 

Rwanda – Ruhango

 

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

Rwanda, Ruhango

2.07 – 30.09. 2024

Bogumiła Brant i Paulina Mattik

 

 

 

Dnia 2 lipca 2024 r., w godzinach wieczornych na lotnisku Okęcie w Warszawie spotkały się 3 dzielne wolontariuszki, które wyruszą za chwilę na swój wolontariat do Rwandy. Początek będzie wspólny, razem polecą tym samym połączeniem do kraju zielonych wzgórz, a potem ich misje się nieco rozdzielą. Ewelina zostanie w Masace, a Bogusia i Paulina pojadą dalej do Ruhango, gdzie podejmą wyzwania misyjne, które dla nich wszystkich Duch Święty starannie przygotował. Każda z nich będzie służyć swoimi talentami, zdolnościami i umiejętnościami zawodowymi. Na Okęciu z powodu dodatkowego bagażu, którego system nie mógł ogarnąć, lot był opóźniony o ok. 2 godziny, więc dziewczyny straciły planowane połączenie z Addis Abeby do Kigali. Zyskały tam kilka godzin czasu, by lepiej zapoznać się z lotniskiem w stolicy Etiopii. Wszystko się na coś może przydać. Ale po kolejnych trudach z pewnym opóźnieniem dotarły w końcu do celu swej podróży, do Rwandy. 

Oto kilka fotek z lotniska w Addis Abebie.
Już w Rwandzie. Jeszcze razem.

JUŻ W RUHANGO

 

Wszystko poszło trochę nie tak. Najpierw weszłyśmy ostatnie do samolotu (bo nasz dodatkowy bagaż zrobił nierozwiązywalny problem w systemie Ethiopian Airlines). Potem ponad godzinę staliśmy na płycie lotniska, więc spóźniłyśmy się na samolot do Rwandy i byłyśmy na miejscu zamiast o 10.00 to o 17.00 spędzając dzień na lotnisku w Etiopii. Czyli udało nam się spóźnić na dwa samoloty. Trafiłyśmy do Masaki i ledwo się rozpakowałyśmy i przespałyśmy noc, to już pakowałyśmy się z powrotem, bo następnego dnia jechałyśmy na placówkę do Ruhango.

 

 

Tutaj ciągle się świętuje Msze św., uroczystości, posiłki, a wydarzenia trwają godzinami. Pierwszej nocy było pożegnanie kandydatów na księży, więc wobec sióstr i młodych postulantek zakonnych Pallotynek i księży Pallotynów, siedziałyśmy na szczycie stołu, a wszyscy przedstawiali się, przemawiali, tańczyli i śpiewali. Następnego dnia było zakończenie roku szkolnego, które trwało bagatela 7 godzin! (parada, prezentacje w 3 jezykach: ang., frac. i kinyarwanda, tańce, śpiewy, wspólny obiad, fotografie i masa tulących się do nas dzieci). Dziś śniadanie zaczęło się od urodzin siostry i znowu ten sam scenariusz (tańce, śpiewy itp.). Zresztą tu się tańczy, śpiewa, bije w bębny, klaszcze również na Mszy Świętej.

 

Jesteśmy w ośrodku zbudowanym przez polskich Pallotynów i Pallotynki – misjonarzy. Mamy super studio z dwoma pokojami i toaleta wszystko w stylu kolonialnym. Ośrodek jest duży, samowystarczalny z krowami, kurami, królikami, świnkami, dużym polem warzywnym, ogrodem do medytacji, laskiem, stawami. Jedzenie wyborne – dużo owoców i warzyw – do bólu awokado, bananów, ryżu, fasoli i pomarańczy, mięsa też nie brak. Mój brzuch czuje się tu lepiej niż po tych chemicznych jedzeniu w Polsce. Komarów mało, ale mamy moskitiery. Nie pijemy tylko wody z kranu i nie myjemy w niej zębów, a jak czasem zakuje brzuch to coca-cole.

 

Tuż za płotem mamy Sanktuarium Bożego Miłosierdzia zbudowane przez Polaków, gdzie jest wieczysta adoracja. W tygodniu Msza święta o 6.30, w tę niedzielę będzie specjalna Msza o uzdrowienie, na polu jak Msze święte papieskie na tysiące osób. Nie muszę wspominać, że dużo się modlimy. Przed nami pewnie od poniedziałku praca w przedszkolu lub ośrodku zdrowia. Ludzie tu są wspaniali, wiele czasu spędzają ze sobą, telefony służą tylko do robienia wspólnych zdjęć. Dostałyśmy router WiFi, ale jeszcze nie mamy SIM kart afrykańskich. Dlatego mamy neta tylko w domu. Dziś dopiero się wyspałyśmy – spałyśmy z przerwami 6h.

 

 

 

 

 

 

Indie – Badepuram

 

 

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

WOLONTARIAT W DOMU DZIECKA W BADEPURAM

24.06 – 17.08. 2024

Anna Mleczak

 

 

 

 

 

Indie przywitały mnie uderzeniem upalnego powietrza, a równie gorące było przywitanie, jakie przygotowano dla mnie na lotnisku i w samym domu dziecka, gdzie dziewczynki przygotowały dla mnie napis powitalny ułożony z płatków kwiatów.

 

Po chwili przyjechał samochód wypełniony w każdym calu dziećmi, które uczęszczają do tzw. High school, który w polskich realiach przypada na starsze klasy szkoły podstawowej i początek szkoły średniej. Część dzieci na początku była trochę nieśmiała, ale po dwóch dniach, już każdy zabiegał o moją uwagę bez skrępowania.

 

 

 

 

Ojciec Kishore pokazał kilka lokalnych parafii, z którymi współpracuje i z których pochodzą podopieczni domu dziecka. Każdy był bardzo otwarty i chciał mnie nakarmić i trudno było wytłumaczyć, że mój żołądek przy takim upale nie zmieści kolejnego tego dnia lunchu czy kolacji. W małych wioskach jak i w szkołach, w których miałam okazje porozmawiać z uczniami moja obecność wzbudzała niemałą sensację, każdy chciał sobie ze mną zrobić zdjęcie, a mi od odwzajemniania uśmiechów wszystkich spotykanych ludzi chyba pojawią się nowe zmarszczki.

 

 

Dzieci mają tu bardzo dokładnie ustalony plan dnia. Od poniedziałku do soboty, pobudka jest o 5 rano i nie da rady jej przespać, ponieważ główna opiekunka tego miejsca nazywana przez wszystkich mamą włącza na pełnej głośności pieśni w tutejszym języku telugu. Po porannej toalecie zdominowanej przez wzajemne czesanie długich warkoczy przez dziewczynki jest czas na naukę przed szkołą, następnie sprzątanie pokoi i podwórza.

Później wszyscy zbierają się na poranną modlitwę i wspólny posiłek, który składa się z ogromnej ilości ryżu z dodatkiem pikantnego sosu. Następnie dzieci udają się do szkoły, te młodsze pieszo w wiosce, starsze wspomnianym samochodem. Powroty zaczynają się od ok. 15:00 wtedy jest czas na zabawę dla najmłodszych, do 17:00 wszyscy są już na miejscu.

 

 

 

Ze względu na trwający monsun nie każdego dnia udaje się bawić na podwórku, ponieważ jest zalewane przez obfite opady deszczu, dlatego przygotowuję dla nich gry planszowe, aby mogli wspólnie spędzić miło czas i na chwilę oderwać się od nauki, która poza przerwą na wieczorną modlitwę oraz kolację trwa dla najstarszych zwykle do 22:00. Aby urozmaicić im ten czas przygotowuję różne gry, staram się pokazać inne sposoby na zapamiętywanie informacji niż uczenie się na pamięć.

 

Widać jak wiele pracy ojciec Kishore włożył tu od pierwszej wizyty wolontariuszy, można dostrzec dobrze wydana każdą złotówkę, jaką przekazała fundacja.  Dzieci nie śpią już na matach, ale mają łóżka piętrowe, w każdym pokoju jest kilka wentylatorów, które pozwalają choć trochę ochłodzić wysokie temperatury.

 

Dzieci nie dojeżdżają do szkoły rikszą, ale samochodem, a kuchnia jest znacznie lepiej wyposażona. Zakupiono też pralkę, choć dopiero przy moim instruktarzu opiekunki odważyły się jej użyć i od kilku dni nie muszą ręcznie prać ubrań najmłodszych dzieci.

 

 

Tylko w ciągu kilku dni dwójka dzieci starała się o miejsce w domu dziecka, niestety na ten moment placówka nie może już nikogo przyjąć, ponieważ jest przepełniona. Strasznie ciężko było widzieć rozczarowanie tych dzieci, świadomość, że zamiast do szkoły będą musiały iść pracować lub włóczyć się po ulicach i nie móc po prostu być dziećmi, była ogromnie przygnębiająca.

 

Aby móc przyjąć więcej dzieci rozpoczęto nadbudowanie piętra domu dziecka, na dokończenie którego niestety zabrakło na ten moment funduszy. Docelowo, ma ono być przeznaczone dla chłopców, parter natomiast dla dziewczyn i pozwoliłoby to zwiększenie liczby przyjętych dzieci.

 

Utrudnieniem są też pojawiające się kilka razy w ciągu dnia przerwy w dostawie prądu. Od ok. 18:00 zapada już zmrok, a dzieci są wtedy zmuszone do odrabiania prac domowych przy niewielkim świetle żarówek awaryjnych, które codzienne są ładowane, by choć trochę rozproszyć mrok, gdy zabraknie prądu. Rozwiązaniem na to mogłoby być zakupienie generatora prądu.

Dzieci są ogromnie wdzięczne za wszystko, co otrzymują i szanują wszystko z wielką dbałością. Niesamowite jest to, ile radości sprawia im ofiarowanie choć odrobiny uwagi i mimo bariery językowej udaje się nam świetnie bawić i żartować.

 

W wiosce, z tubylcami.

 

16-17 lipca

Były dwa dni wolne od zajęć szkolnych z racji święta, więc przygotowałam dla nich różne gry i zabawy. Szaleństwo, oni chyba nie znają takich form zabawy! Byliśmy w domu, bo cały czas leje.

Już w pełni zanurzyłam się w tutejszy klimat, temperatura około 30 stopni wydaje się być przyjemna po całym dniu w skwarze. Przyzwyczaiłam się do rutyny jaka tutaj panuje, choć wstawanie o 5 rano nadal jest wymagające.

Od kilku dni „awansowałam” do możliwości odprowadzania i przyprowadzania najmłodszych dzieci do pobliskiej szkoły podstawowej.  Droga mija nam wesoło, dzieci często śpiewają, uczą mnie nazw roślin jakie mijamy po drodze i z dumą przedstawiają kolegom ze szkoły. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tak się cieszyła idąc do szkoły, no może poza dniem zakończenia roku szkolnego. Zanim dzieci wejdą na teren szkoły, to z każdym żegnam się specjalnym uściskiem dłoni, którego mnie nauczyli. Kiedy po nich przychodzę opowiadają, co się wydarzyło. Najczęściej są  to historie o wężach, które weszły do klasy i które były usuwane przez nauczycieli. Ciekawe, czy na studiach mają szkolenia z bezpiecznego pozbywania się niepożądanych gadów z sali lekcyjnej.

 

W sobotę udało się zrobić wieczór filmowy, oczywiście dzieci wybrały lokalne kino w języku telugu zwane Tollywood, na szczęście oglądanie bollywoodów przez wiele lat przygotowało mnie na klimat tutejszych filmów i prawie trzygodzinny seans nie zmęczył mnie zbytnio.

 

W niedzielę zostałam ubrana w saree i udaliśmy się na Mszę  św., która w porównaniu do tej w Polsce jest dłuższa trwa niecałe dwie godziny, głównie przez bardzo długą homilię. Jest też ciut więcej śpiewu, który prowadzą dwie parafianki, podkład muzyczny do pieśni jest włączony z płyty, a muzycznie utwory przypominają mniej skoczne melodie z indyjskich filmów.

Tego dnia było też więcej czasu na wspólną zabawę dla wszystkich, bo w ciągu tygodnia tylko najmłodsze dzieci mają trochę czasu na zabawę. Dziewczynki bardzo chętnie skaczą na skakance, chłopcy grają w coś przypominającego siatkówkę. Lubią bawić się w chowanego i berka jak dzieci w Polsce, ale najlepszą grą jest dla nich zabawa z podrzucaniem kamieni według ustalonych zasad.

Nie obyło się jednak bez smutnych sytuacji. Jeden z chłopców, który był w domu dziecka od kilku tygodni wyszedł ze szkoły w czasie przerwy nie mówiąc dokąd się udaje. Przez cały dzień poszukiwano go i okazało się, że wieczorem dotarł do wioski, gdzie żyją jego rodzice dotknięci kryzysem bezdomności. Mimo wielu prób nakłonienia chłopca do powrotu nie udało się go przekonać. Trafił do placówki w wieku 13 lat, wcześniej nie chodził do szkoły. Tutejszy system edukacji nie przewiduje specjalnego wsparcia dla takich dzieci, przez co bardzo ciężko jest im się wdrożyć w pracę, gdyż ledwo znają alfabet, a wymaga się od nich nauczenia dużych partii materiału. Tęsknota za rodzicami i ogromne zaległości wygrały. Dlatego tak ważne jest zwiększenie ilości miejsc w domu dziecka, aby było możliwe jak najwcześniejsze udzielenie pomocy dzieciom. W stanie Andhra Pradesh analfabetyzm jest wysoki nawet jak na indyjskie standardy, bo aż 41% kobiet i 25% mężczyzn nie potrafi czytać i pisać.

Nie da się ukryć, że metody nauczania, jakie się tu stosuje odbiegają od tych w Polsce. Dzieci uczą się wszystkiego na pamięć. Przepisują czytanki w telugu i języku angielskim, uczą się ich fragmentów, nauczyciel podaje im odpowiedzi do pytań z czytania ze zrozumieniem, które też muszą wkuć. Dyscyplina jest wprowadzana za pomocą kija i linijki. Dla mnie jako nauczycielki ceniącej sobie kreatywność i samodzielność w edukacji bardzo ciężko jest się przestawić na takie metody. Jednak w czasie mojego pobytu nie zmienię systemu, mogę jedynie pomóc im pracować nad poprawną wymową oraz pokazać tłumaczenia tekstu z angielskiego na telugu, które umożliwia translator, by choć trochę wiedzieli, o czym się uczą na lekcjach języka angielskiego. A zamiast karać za brak umiejętności i wiedzy pomóc im w uczeniu się na błędach.

 

 

 

 

 

Kolumbia – Medellin

 

 

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

PRZEZ DIALOG DO SERCA – WOLONTARIAT MISYJNY W KOLUMBII

23.06 – 5.08. 2024

Iwona Ziarniecka i Maria Gałwa

 

 

 

Marysia i Iwonka na Lotnisku Warszawa-Okęcie

 

25.06.2024

 

Razem z Iwoną dotarłyśmy po długiej podróży do pięknej górzystej, nasyconej zielenią Kolumbii, do Medellin. W parafii Santa Mariana de Jesus Paredes, przy wsparciu ks. Adama Kraszewskiego SAC będziemy uczyć angielskiego i języka polskiego. Chętnych jest sporo, przerosło to nasze oczekiwania. Na język angielski zapisało się ponad 50 osób z różnych grup wiekowych, na język polski mamy już kilkunastu chętnych, więc będzie intensywnie. Zajęcia zaczynamy od przyszłego tygodnia. Ten tydzień, poza uzupełnieniem sił po długiej podróży i aklimatyzacją, poświęcamy na przygotowywanie materiałów do zajęć i pomocy naukowych, dopinanie programu zajęć. W międzyczasie powoli odkrywamy również uroki Medellin i jego serdecznych mieszkańców. To co rzuca się w oczy i jest niesamowicie piękne, to życzliwość i otwartość ludzi, których spotykamy na swojej drodze. Zarówno lokalni parafianie, jak i okoliczni mieszkańcy przyjmują nas bardzo ciepło. Ksiądz Adam zadbał o to, byśmy zostały dobrze przyjęte.

 

 

Poza przygotowywaniem się do głównego celu naszej misji, poznajemy również smaki lokalnej kuchni takie jak Menudencias i Bandeja Paisa. Poniżej od lewej zdjęcie dania Bandeja Paisa, które zachwyca swoim smakiem, a następnie zupy, którą sobie zamówiłyśmy myśląc, że zamawiamy zupełnie coś innego. Ta zupa nazywa się Ajiaco – powinna być w niej jeszcze kukurydza, w tej akurat nie było. Wiemy, że ich przysmakiem jest także Chicheron.

 

Nasz nowy dom – Parafia Santa Mariana de Jesus Paredes.                       Kościół św. Józefa w dzielnicy Poblado, który odwiedziliśmy.

Kolumbijczycy słyną również z zamiłowania do piłki nożnej, co reprezentacja Kolumbii udowodniła podczas ostatniego meczu z Paragwajem, wygrywając 2:1.

 

Dziś jedziemy z ks. Dominikiem do kaplicy pw. Ducha Świętego, która jest położona nieco wyżej w górach. Cieszymy się bardzo na tę okoliczność. Przed nami jeszcze wiele wyzwań i nieznanego, ale jesteśmy dobrej myśli, nie możemy się doczekać rozpoczęcia zajęć.

 

Do centrum najlepiej się dostać za pomocą metra Cable. Metro Cable i widoki na Medellin.

Zaczynamy od przygotowania sali do naszych zajęć na przyszły tydzień. Chętnych na kurs języka angielskiego jest ponad 70 osób, a na zajęcia z języka polskiego 18 osób. Nie wiem jak damy radę to ogarnąć…

Niedziela, 30 czerwca 2024

 

W ubiegły piątek miałyśmy spotkanie organizacyjne z naszymi przyszłymi uczniami. Ludzie są bardzo otwarci i radośni, bardzo dobrze nas przyjęli. Trochę nas przeraża liczba, bo zapisało się ok. 100 osób, ale mam nadzieję, że jakoś damy radę. Wczoraj Ksiądz Mauricio zabrał nas na górę do kaplicy oraz jeszcze wyżej – na szczyt góry Picacho, na której króluje figura Jezusa. Kolumbia ma niesamowity urok… Oto imponujące widoki na Medellin ze szczytu.

Kaplicą, odpowiednio przystrojoną w miesiącu Serca Jezusowego, opiekuje się pani Blanca.

Domowy obiad: Iwona w roli szefa kuchni i pyszna zupa gotowa. Ks. Adam Kraszewski we własnej kuchni, a na kolejnym zdjęciu ciasto z kruszonką.

5 lipca 2024
Naukę rozpoczęliśmy dniem języka polskiego. Na pierwsze zajęcia przyszedł jeden odważny Emiliano, który dzielnie powtarzał polskie proste, lecz jednak trudne do wymówienia słowa. Iwona z uwagą pomaga Emiliano robić notatki. Na kolejnych zajęciach frekwencja była nico większa. Język polski do najłatwiejszych nie należy.
Pierwszy tydzień zajęć za nami. Grupy robią się coraz liczniejsze, co nas cieszy. Studenci są naprawdę cudowni, dzieci przytulają się do nas, przynoszą kwiatki… Część osób zaczyna przygodę z angielskim od zera, część ma angielski w szkole. To co jest zauważalne na pierwszy rzut oka, to ogromna bariera w mówieniu w języku angielskim. Wielu z naszych studentów zna poszczególne słowa, zdania, ale nie potrafi ich zastosować, wypowiedzieć na głos. I nad tym będziemy pracować. Jednak nie samą nauką człowiek żyje, dlatego staramy się wplatać elementy „rozrywkowe” tj. gry, karty do dyskusji w j. angielskim, role plays. Język polski natomiast jest nowością, ale chętnych również nie brakuje. Nasz język do najłatwiejszych nie należy, zwłaszcza w wymowie, ale nikogo to nie zraża. Działamy dalej!
Nasi studenci z różnych grup. Także oprócz nauki były różne zabawy np. w bingo.

                          Robiliśmy z dziećmi bransoletki.

 

Z relacji Iwony

Zastanawiając się od czego zacząć, pomyślałam, że dobrze będzie jak wspomnę o tym, że wyjazd do Kolumbii był moim dziecięcym marzeniem. Czy to dlatego, że oglądałam z moim tatusiem zawsze mecze piłki nożnej i ja najmocniej zawsze kibicowałam Kolumbijczykom, czy może też dlatego, że Kolumbia kojarzyła mi się z kolorowym i ciepłym krajem. Wtedy moja dziecięca głowa nie wiedziała nic o przestępczości tutaj panującej, a skupiałam się bardziej na roślinności i oceanie błękitnym oraz wiecznym upale, gdyż wysokie temperatury mi nie groźne. Nie wiem, ale wiem jedno, to jest potwierdzenie, że Pan Bóg spełnia pragnienia serca. I Jemu jestem bardzo wdzięczna za to, że mogę tu być.

 

Dodam, że pragnienie wyjazdu na wolontariat misyjny zrodził się u mnie jakieś 8 lat temu i to, że razem z Marysią tu wreszcie wylądowałyśmy szczęśliwie, to też sądzę, że nie przypadek. Marysi zawsze też Ameryka Południowa leżała na sercu. Więc jesteśmy.
Zostałyśmy na lotnisku przywitane przez ks. Dominika i przywiezione na parafię gdzie ks. Adam przywitał nas smaczną kolacją, potem spełniło się kolejne marzenie: mogłyśmy wreszcie rozprostować nasze przemęczone z lekka kości.
Tydzień strzelił jak z procy zanim my przystosowałyśmy się czasowo .
Ps. I tutaj udało się nam kibicować Kolumbijczykom – grali z Brazylią i zremisowali w pięknym stylu, a my mieliśmy super czas przed TV.

 

W niedzielę postanowiłyśmy spróbować lokalnych lodów. Dobre, ale pierwszy raz spotkałam się z tym, że smak tych lodów jest przełamany serem, mianowicie lody o smaku whisky i oreo z bananem w środku, posypane startym serem mozzarella – dziwne, ale dobre.

 

W dzień wolny od zajęć, wybrałyśmy się się z naszym przewodnikiem i tłumaczem Mauricio do jednej z niegdyś najniebezpieczniejszej dzielnicy w Medellin, a mianowicie do Komuny 13. Jego pomoc była nam bardzo potrzebna, ponieważ ta dzielnica słynie nadal z przestępczości, a i bez biegłej znajomości języka hiszpańskiego, nie da się ukryć – jest trudniej. Więc tym bardziej dziękujemy za pomoc .
Kleryk Mauricio już niedługo bo 20 lipca w Bogocie przyjmować będzie święcenia kapłańskie, być może i nam się uda tam pojechać i świętować to wydarzenie .

Zachwycające swymi kolorami murale zdobią całą dzielnicę i robią wrażenie na turystach, których jest całkiem sporo w Komunie 13. Historia tych arcydzieł jest podobno taka: ścianę (kawałek muru) pod te artystyczne dzieło wynajmuje się na rok za odpowiednią opłatą, potem właściciel ma prawo wynająć ten sam kawałek muru kolejnej artystycznej duszy i w ten sposób ujawniają się wielkie talenty mieszkańców dzielnicy. Dlatego może się zdarzyć że za rok w tych miejscach będzie już inny piękny mural.

Droga na szczyt była męcząca w tym skwarze  w tej chwili jest pora deszczowa w Medellin), więc odczuwalna wilgoć i upał dawały się nam we znaki, ale widoki z wysokości mnie zawsze cieszą i radują moją dusze i serce. Po wędrówce przez dzielnicę 13 zaszliśmy z Mauricio do lokalnej restauracji na typowe kolumbijskie jedzonko w miarę rozsądnych cenach.
Już mi się spodobało, seniora w lokalnym stroju witała nas w drzwiach Haciendy. Potem urzekł mnie ten młynek do mielenia kawy, wszak Kolumbia z najlepszej kawy słynie prawda? A i jedzenie było wyśmienite. Tam pierwszy raz jadłam ciciaron – bardzo mi zasmakowała ta przystawka.

Po posilającym obiadku udaliśmy się na Plaza Botero de Medellin, czyli plac, na którym stoją 23 rzeźby słynące ze swoich „okrągłości”. To tylko kilka rzeźb. Jest to sztuka wykonana z brązu przez Fernando Botero współczesnego (zmarł w zeszłym roku) kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza. Tłumy turystów przechodzących i fotografujących się z „placowymi pięknościami ” tworzyły czasem duże zamieszanie oraz okazję do tego, by szybko pozbyć się swoich portfeli, aparatów lub telefonów komórkowych. Jedno jest pewne trzeba bardzo uważać, bo zło nie śpi.

Jedną z atrakcji Medellin są też przejażdżki konne z przewodnikami po tutejszych przepięknych górzystych terenach. Wtedy zostaje tylko zachwycać się tymi pięknymi krajobrazami oraz cudowną roślinnością, która tutaj rośnie dosłownie na każdym kroku przy ulicach, w ogródkach przydomowych na każdej górce i przy drodze. My wszystkie te rośliny hodujemy w doniczkach, a oni mają to na co dzień. To jest kolejny raj dla moich oczu i uczta dla duszy, ponieważ ja kocham kwiaty w każdej postaci. Ta cudowna przyroda i jej żywe kolory to miód na moje serce.

Od poniedziałku do czwartku prowadzimy zajęcia z języka angielskiego i polskiego. To już trzeci tydzień naszej misji w Medellin, a i chętnych przybywa, co nas cieszy bardzo. Są tacy, co byli tylko raz, ale są i wytrwali uczestnicy, którzy dzielnie się uczą trudnych słówek po polsku.
Dzieci są tak kochane i wdzięczne, że trudno to opisać słowami: na dzień dobry wszystkie wiszą nam na szyjach nie tylko przed zajęciami i po nich, ale jak tylko widzimy się w niedzielę czy w tygodniu, jak byśmy znali się od zawsze.
Ostatnio na zajęciach z j. polskiego uczestnicy uczyli się piosenki „A ja lubię mówić z Tobą”. Dostali tekst piosenki oraz posłuchali jej nagrania. Muzyka szybko im wpadła w ucho, a i tekst piosenki nie wydawał się im trudny. Po małym przećwiczeniu super się rozśpiewali. Dzielni studenci języka polskiego!
Dziewczynki po godzinie nauki angielskiego dały upust swoim emocjom szalejąc na pufach. Radosna twórczość dzieci na języku angielskim. Powyżej zadaniem każdego z dzieciaków było rysowanie, a następnie opowiedzenie po angielsku, co przedstawia rysunek. Następnie z nowo użytych słów (literek) zrobiliśmy bransoletki.

 Od 15 lipca – z relacji Marysi

Nasza rutyna nabrała kształtów. Zajęcia prowadzimy 4 dni w tygodniu: poniedziałek i środa to dni języka angielskiego, wtorek i czwartek to mix polskiego i angielskiego. Łącznie mamy 24h nauki języka w tygodniu. Do tego dochodzi jeszcze czas poświęcany na przygotowywanie zajęć, materiałów, gier edukacyjnych. Poziom studentów jest zróżnicowany, więc staramy się dostosować treść i formę przekazu do możliwości i oczekiwań naszych uczniów. Na naszych zajęciach jak najwięcej zachęcamy do mówienia poprzez różne formy nauki: prezentacje, rysowanie, robienie biżuterii, śpiewanie czy teatrzyki. Z dorosłymi kładziemy nacisk na konwersacje, ale część naszych studentów zaczyna od zera, tak więc musimy wyposażyć ich w odpowiednie słownictwo.

Nasze pomoce naukowe. Ministranci i ministrantki podczas niedzielnej Mszy św. dla dzieci i młodzieży. Niedzielne Msze św. dla dzieci i młodzieży są naprawdę niesamowite. Bardzo dużo radości, wszyscy śpiewają i klaszczą, przy akompaniamencie gitary. Dodatkowo, lokalny parafianin o imieniu Diego zachwyca swym śpiewem.

Nadchodzące zajęcia zapowiadają się śpiewająco! Na angielskim z przymrużeniem oka spróbujemy zaśpiewać razem piosenki ze znanej i lubianej komedii „Sister Act”. Teksty są już przygotowane. Nie obędzie się również bez piosenek po polsku. Tym razem ruszamy z „Pałacykiem Michla” pozostając w powstańczych klimatach.

By przybliżyć Kolumbijczykom Polskę, zaprezentowałyśmy również film o naszym kraju, niosący zarówno walor naukowy, jak i krajoznawczy. Film został przyjęty z entuzjazmem. Pozostałe dni tygodnia poświęcamy na przygotowywanie zajęć, zadania bieżące, czas własny. Same również uczymy się hiszpańskiego. Jest to niemałe wyzwanie.

W najbliższym czasie mamy do przygotowanie Dzień Polski, podczas którego będzie można zasmakować kuchni polskiej, posłuchać muzyki polskiej. Podczas tego eventu odbędzie się również finał ogłoszonego przez nas konkursu plastycznego, nawiązującego do bohaterskich postaw dzieci i młodzieży podczas Powstania Warszawskiego. Z tym będzie się wiązało wiele ciekawych rzeczy. Na razie więcej nie zdradzamy. Pracy jest sporo, a funu jeszcze więcej. A tu jeszcze projekt plakatu naszego konkursu plastycznego dla dzieci i młodzieży. Temat przewodni to „Dzieci – mali bohaterowie”, nawiązujący do udziału młodych ludzi w Powstaniu Warszawskim. To niezłe wyzwanie – wytłumaczyć lokalnej ludności naszą skomplikowaną historię. Mamy nadzieję, że ktoś weźmie udział :).

 

Po wyczerpujących zajęciach z polskiego czas na zabawę – pufy cieszą się największym zainteresowaniem.

 

 

 

 

 

Etiopia – Hawassa

 

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

5 TYGODNI MISJI W ETIOPII 

17.03. – 21.04. 2024

Małgorzata Kleszcz

 

 

5 tygodni Misji w Etiopii, samo w sobie jest misją z uwagi na czas, który jest po prostu zbyt krótki. Na zbudowanie relacji przynajmniej z jednym z mieszkańców ośrodka Matki Teresy, potrzeba go znacznie więcej. To właśnie przyszło mi do głowy podczas pobytu w Hawassie, zaprzyjaźnić się z kimś, wysłuchać dokładnie jego historii, dać czas, dać bliskość, to będzie prawdziwa pomoc. Kobiety zwłaszcza wydawały się tam tego bardzo potrzebować. Zresztą pod koniec wyjazdu, codziennie plotły mi warkoczyki, dumne pokazywały mi swoje dzieci i popisywały się tańcem.

Nie udało mi się z nikim naprawdę zbliżyć, mam wręcz wrażenie, że nim zdążyłam wypakować buty z walizki, musiałam znów je schować. Musiałam wracać. Może tak naprawdę zmarnowałam czas. Dowiedziałam się jednak trochę o życiu mieszkańców Hawassy. Miasta oddalonego od stolicy Etiopii 6 godzin. To tam spędziłam 35 dni, w ośrodku dla misjonarzy Matki Teresy, powstałym w roku 2009, gdzie przebywało łącznie 100 pacjentów. W zielonym budynku mężczyźni, w niebieskim kobiety i dzieci. I codziennie kilkanaście osób czekających pod bramą główną na przyjęcie. Opuszczając ośrodek liczyć się trzeba było z prośbami, a wręcz błaganiami o jedzenie czy pieniądze, wyrażanymi wyciągniętymi rękami.

 

W ośrodku nie było lekarza, pacjentami zajmowały się Siostry. Rany, często bardzo zaawansowane i głębokie opatrywał pielęgniarz imieniem Meles. Częstą chorobą dotykającą zwłaszcza dzieci jest gruźlica. 10-letnia Mirtu, która kiedy dotarłam była już dwa miesiące w Ośrodku, karmiona była poprzez sondę, ponieważ gruźlica sparaliżowała całe jej ciało. Jedyne, co mogła robić to patrzeć, przyglądała mi się smutnym spojrzeniem, zawsze kiedy ją odwiedzałam. Codziennie czuwał przy niej tata, który jest farmerem, kilka godzin drogi od Ośrodka znajduje się jego gospodarstwo, tam na Mirtu czeka mama wraz z dziewięciorgiem rodzeństwa dziewczynki. Pod koniec mojego pobytu, staje się rzecz wspaniała, Mirtu wraca ze szpitala w znacznie lepszym stanie, może ruszać nogami i rękami, sama jeść, a nawet próbuje tańczyć z kobietami, do których codziennie po kolacji przychodzę z głośnikiem i pozwalam wybierać swoje utwory muzyczne. To najjaśniejsza rzecz, która wydarzyła się podczas tego wyjazdu.

 

W każdy czwartek o 14:30 czyli według zegara Etiopczyków 6 godzin poźniej (8:30) spotykamy się z miejscowym pastorem imieniem Abraham i kobietami w ciąży w małej kaplicy, która znajduje się na terenie ośrodka i czytamy fragment Pisma Świętego. Oczywiście w języku amharskim, na szczęście Abraham tłumaczył mi wszystko na angielski. Kobiety z reguły w zaawansowanej ciąży, bardzo młode, Debora ma 14 lat. Jest bardzo nieśmiała, nie zna ani słowa po angielsku, komunikuję się z nią wymieniając uśmiech. Zapytałam Abrahama po spotkaniu – dokąd trafią kobiety, kiedy skończy się czas pobytu w ośrodku, trwa on przeważnie 3 miesiące. Pastor odparł, że odpowiedzi na to pytanie jest może być kilka, trzeba tylko modlić się, aby nie trafiły na ulicę, skąd część z nich przyszła.

 

 

W któryś poniedziałek Siostra Marabell, która przyjechała z Kongo, proponuje mi, abym poprowadziła lekcję dla dzieci. Pokazuje mi klasę specjalnie przygotowaną przez wolontariuszy, będących kilka lat temu na misji. Na ścianie alfabet po angielsku i amharsku. Godzę się, choć wydaje się to dużym wyzwaniem biorąc pod uwagę zupełnie niespójny wiek dzieci. Lekcje zaczęłam już następnego dnia i zgodnie z tym, czego się spodziewałam, panował na nich ogromny chaos, dzieci krzyczą, kłócą się o kolor rozdanych przeze mnie flamastrów, ciężko mi nad nimi zapanować głównie dlatego, że nie ma języka, w którym moglibyśmy się porozumieć. Po kilku spotkaniach i pomocy pastora, udaje mi się względnie okiełznać klasę, podejmuję się nauki alfabetu, choć kilkoro z nich potrzebuje indywidualnego podejścia, gdyż nie wie nawet jak chwycić ołówek, nie mówiąc już o zakreśleniu nim odpowiednio kształtu litery A. Niektórzy z moich małych uczniów nigdy nie byli w szkole, dlatego próba nauki czegokolwiek jest ogromnym wyzwaniem i rodzi pytanie o sens.

Kto wie, być może lekcją, którą mają wynieść jest właśnie sztuka trzymania ołówka, a może to jest dokładnie coś, co zbuduje kształt mojej misji.

Małgorzata Kleszcz

 

 

Etiopia – Hawassa

 

 

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

U SIÓSTR MISJONAREK MIŁOŚCI W HAWASSIE

17.03. – 21.04. 2024

Aleksandra Woronowicz i Małgorzata Kleszcz

 

17 marca 2024 r. po Uroczystości wręczenia Krzyży Misyjnych przez bpa Prospera Lyimo z Tanzanii, która odbyła się w Kościele Parafialnym pod wezwaniem Zesłania Ducha Świętego Księży Pallotynów w Otwocku i po uroczystym obiedzie, Ola i Gosia z pośpiechem, jak Maryja śpiesząca do krewnej swej Elżbiety, szybko skierowały się na lotnisko, by o 17.10 wyruszyć do Etiopii, na swą misję w Awassie, gdzie będą pomagać i służyć w Szpitalu sióstr Misjonarek Miłości. Czekamy na ich relacje.

 

21.03.2024

Dobry wieczór, bo u nas właśnie powoli się ściemnia. Jak co wieczór burza, dająca ulgę po upale. Czujemy się bardzo dobrze, mimo początkowego przeziębienia. Dużo modlitwy, zabawy z dziećmi – jutro urządzamy im szkołę, sala do tego przygotowana została dzisiaj. Ola opatruje rany, ja głównie siedzę z dziećmi, ale kochany tutejszy Pastor zaangażował mnie w prowadzenie zajęć. Jest pięknie. Mimo ze ciężko i biednie. Pozdrawiamy.

 

23.03.2024

Kochani, dziś mija piąty dzień odkąd jestem z Gosią w Hawassie. Ludzie są tu niesamowici. Dzieci codziennie stoją pod naszymi drzwiami i wołają „sisters”. Przytulają nas i trzymają za ręce. Siostry są kochane, dbają, żebyśmy miały co jeść. Gosia większość czasu spędza z dziećmi, uczy ich angielskiego. Ja pomagam przy opatrywaniu ran. Niestety są tu też bardzo smutne widoki, widać ogromną biedę. Wszyscy ludzie są bardzo życzliwi i chcą nam pomagać na każdym kroku. Wysyłam kilka zdjęć, abyście chociaż trochę mogli poczuć ten klimat.
Pozdrawiamy.

 

2.04.2024.

 

 

Pierwsze dni w Hawassie to były największe upały. Przywitały nas temperatury ponad 32 stopniowe, od godziny 12.00 do 15.00 najmniejszy wysiłek był wyczerpujący. Poza palącą temperaturą, na „dzień dobry” w ośrodku Matki Teresy wybiegły nam dzieci. W rożnym wieku, z różnymi, mniej i bardziej zauważalnymi schorzeniami. Złamane ręce, rany na ciele, zaropiałe oczy, problem z wątrobą. Bez względu na to ochoczo biegły do nas krzycząc „sisters, sisters!”. Przyglądały się temu z wielkim zaciekawieniem ich matki, niektóre w ciąży niektóre z malutkim dzieckiem na plecach w chuście. Do ośrodka trafiają kobiety od razu po urodzeniu lub będące w zaawansowanej ciąży.

 

 

 

 

 

Wyjątkowo niełatwym widokiem była dla nas kobieta z mocną chorobą psychiczną, która nawet nie patrzyła na nas, a jej brzuch wskazywał na 9 miesiąc ciąży. Dziś jej mała córeczka jest w ośrodku, zajmujemy się nią. Mama nie chce jej nawet karmić. Inne kobiety przygotowują jej mleko.

 

Przez deficyt pampersów używamy chust, które wiążemy na dziecku. To niestety powoduje, że dzieci nawet te najmłodsze, leżą przez jakiś czas w mokrych ubrankach.

 

Na zdjęciach poniżej Ola i Gosia z Siostrami z ośrodka Matki Teresy oraz po lewej z s. Kamilą FMM, Polką.

 

Po dwóch tygodniach, które ostatnio minęły, kobiety są dużo bardziej otwarte, robią nam warkoczyki, przytulają się i często próbują przekazać coś w ich języku. My znamy już kilka słów: dziękuję, dobrze, jak się nazywasz. Komunikacja wbrew pozorom nawet nam wychodzi.

 

Ja pomagam w przygotowywaniu obiadów, ścieram buraki, marchewkę.
Pewnego dnia wpadłam na pomysł, że pomogę kobietom w pralni – zgodziły się na tylko chwilę pracy w „obawie o moją białą skórę”. Ola, z którą jestem na misji, zaczęła pracę w budynku obok tego dla kobiet. Tam trafiają chorzy mężczyźni. A przekrój chorób właściwie się nie kończy. Ola mimo, że jest pielęgniarką mówi, że to najgorsze i najbardziej zaniedbane rany, jakie opatrywała.
Pierwszego dnia zajęła się chłopcem, którego rana na głowie była tak czerwona i głęboka, że bałyśmy się o jego życie. Chłopiec około 12-letni, bardzo dzielny. Dziś głowa wygląda dużo lepiej.

 

Jest godzina 07:30 rano, skończyła się Msza, od której zawsze zaczynamy dzień z siostrami. Dziś jest deszczowo, ale mieszkańcy Hawassy mówią, że to szczęście dla rolników. Cieszymy się więc razem z nimi.

 

 

 

 

 

Jest 4 kwietnia 2024 roku czyli w Etiopii 4 lipca 2024 roku.
To mój 25 dzień pobytu w Ośrodku Matki Teresy z Kalkuty. Pierwsze dni były pełne emocji. Po zostawieniu walizek od razu poszłyśmy zapoznać się z tutejszymi mieszkańcami. Wszyscy bardzo miło nas przywitali. Siostra Adelaida, która prowadzi tutejszy Ośrodek oprowadziła nas po nim. W jednym budynku są kobiety z dziećmi, a w drugim mężczyźni. Przekrój wieku jest ogromny. Od noworodków po osoby starsze. Siostry mają przepiękny ogród, jest bardzo zielono. Są przepiękne kwiaty.

Dzień zaczynamy od Mszy Świętej, która jest o godzinie 6.30 w tutejszej kaplicy, potem mamy czas na śniadanie, zazwyczaj dostajemy od Sióstr bułki i dżem. Następnie udajemy się do pracy. Gosia zazwyczaj spędza czas z dziećmi, uczy ich angielskiego, ja natomiast pomagam tutejszemu pielęgniarzowi przy zmianie opatrunków. Pacjenci przychodzą tu z ogromnymi ranami, jakich nigdy w życiu nie widziałam. Bandaże, które przywiozłyśmy z Polski skończyły się po tygodniu. Niestety tutejsze bandaże i gazy są dużo gorsze niż nasze.

 

Poniżej na zdjęciach brama do ośrodka Sióstr Matki Teresy. Osoby oczekujące przed bramą na wejście do ośrodka. Dalej – dzieci podczas zajęć.

Po pracy spędzamy czas z maluchami, gramy w piłkę nożną lub siatkówkę z mężczyznami. Na obiad jemy zazwyczaj to, co jest przygotowywane w tutejszej kuchni, zazwyczaj są to ziemniaki, makaron i tutejsza potrawa injera.

Są dni kiedy brakuje prądu i wody w kranie, ale jesteśmy na to przygotowane, kiedy jest woda napełniamy nią beczkę, żeby nigdy nam jej nie zabrakło.

W pierwszą niedzielę pobytu Siostry zabrały nas na mszę do pobliskiego kościoła. Msza była piękna, były śpiewy i tańce. Po mszy wszyscy uczestnicy dostali jedzenie.

 

W sobotę 30 marca zaprosiła nas do siebie Siostra Kamila FMM, która jest Polką od wielu lat mieszkającą w Etiopii. Pokazała nam Bushulo Mother and Child Health Specialty Center, w którym pracuje jako położna. Następnie odwiedziłyśmy pustelnię Getsemani, która mieści się nad samym jeziorem.

Ostatnie dni spędziłyśmy na pakowaniu paczek, w których mieściły się mąka fasola i olej. Było ich aż 600. Dziś wraz z siostrami udałyśmy się do wioski oddalonej około 40 kilometrów, aby rozdać to najuboższym.

Zdjęcie Kościoła, w którym byłyśmy na Mszy św.

w pierwszą niedzielę naszego pobytu w Awassie.

Jutro, tj. 5 kwietnia, w regionie Sidama jest sylwester, tutejsi mieszkańcy świętują go dwa dni. Dzisiaj przyjaciel sióstr zabrał nas, abyśmy wybrały tradycyjne ubrania na jutrzejszy dzień. Jesteśmy bardzo ciekawe jak świętują go mieszkance Hawassy. Właśnie jestem  w tradycyjnym etiopskim stroju sylwestrowym. I ostatnie zdjęcia z Hawassy…

 

 

17 kwietnia Gosia i Ola lokalnymi liniami przemieściły się z Hawassy do Addis Abeby, pozostając do wyjazdu z Etiopii w ośrodku sióstr Misjonarek Miłości. Natomiast s. Janina Jenda, Franciszkanka Misjonarka Maryi, która od wielu lat pracuje w Etiopii, pokazała im niektóre miejsca w stolicy. Tak więc nasze wolontariuszki Salvatti.pl Ola i Gosia szczęśliwie zakończyły swą misję w Etiopii, 21 kwietnia 2024 r. lądując na Okęciu w Warszawie. 

 

Przesyłamy Wam jeszcze kilka zdjęć z Addis Abeby.

Aleksandra Woronowicz, Małgorzata Kleszcz

 

 

 

 

 

Rwanda – Kigali

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

MISJA W PALLOTTI PRESS

14.02. – 24.03. 2024

Wiesława i Adam Niściór

 

 

 

 

Po dwudziestu godzinach podroży, trzech samolotach, dwóch przesiadkach, wreszcie dotarliśmy do znanego nam tylko z opowiadań kontynentu – tajemniczej Afryki.
Zostaliśmy odebrani przez sympatycznego księdza Jean Paula i przywiezieni do Pallotti Press, miejsca naszego teraźniejszego zamieszkania.

 

 

 

 

Jak zdążyliśmy się zorientować, na terenie, gdzie mieszkamy są dwie wspólnoty: wspólnota parafialna z kościołem i dom prowincjalny i Pallotti Press – drukarnia, gdzie jemy posiłki. Cały kompleks bardzo zazieleniony ma na swym terenie również kaplicę, bar otwarty dla wszystkich i hotel – gdzie mieszkamy. Wszyscy witali się z nami bardzo radośnie. Dostaliśmy piękny pokój, którego okna wychodzą na ogród, a rano obudził nas śpiew ptaków. Dostaliśmy smaczne śniadanie, pyszny obiad. Na razie Afryka wygląda mało afrykańsko;-0, nie tak jak z naszych wyobrażeń. Myśleliśmy, że zaczniemy tu wielki post, ale jak dziś słyszymy w pierwszym czytaniu, nie na takim poście zależy Panu Bogu – i tak Słowo realizuje się w życiu.

Dziś był dzień zwiedzania. Ksiądz Jean Paul pokazał nam drukarnię Pallotti Press. Mogliśmy zobaczyć jak w czarodziejski sposób myśli pojawiają się na papierze. Poznaliśmy historię produkcji „Kinyamateki” i „Hobe”.

Odwiedziliśmy przedszkole, gdzie pracują siostry Pallotynki i chwilę bawiliśmy się z dziećmi na placu zabaw. Prawie każdy chciał dotknąć „białasa”, jego włosów, uściskać go, pogłaskać po głowie, a byli i odważniejsi, którzy chcieli zabrać okulary, czy zajrzeć do torebki w poszukiwaniu jakiś prezencików.

Wreszcie był też sprawdzian dla nas. Byliśmy na lekcji i braliśmy udział w prezentacji uczniów, po angielsku i francusku. Sami też zaprezentowaliśmy się, nie wiem czy tak dobrym angielskim, ale tym razem było bez przygotowań. Dzieciaki zadziwiły nas otwartością, przyjaznym stylem i uśmiechem. Edukacja jest tu na wysokim poziomie. Pięciolatki uczą się angielskiego i francuskiego, a ich rodzimy język to kinyarwanda.

18.02.24.

 

Jak na razie poznajemy Afrykę z jej bogactwami, jej życzliwość i wielką radość. Mieszkamy w ładnym zielonym zakątku, wśród wielu roślinności, palm i śpiewu ptaków.
Jesteśmy mile goszczeni, smakujemy przepyszne jedzenie o niespotykanych w Polsce smakach.

Próbujemy owoców, które tylko wyglądem przypominają nasze z supermarketów czy targów. Mango, marakuja, a nawet banany smakują tu zupełnie inaczej. Może po afrykańsku. Chciałoby się powiedzieć, że smakami wymieniliśmy się z misjonarzami. Jednak to my korzystamy z ich gościnności i dobrego serca.

Przywieźliśmy im tylko, jako drobny prezencik, jabłka, ptasie mleczko i suchą kiełbasę krakowską. Podobno takich rzeczy w Afryce trudno znaleźć. Wyglądało na to, że podniebienia naszych gospodarzy były również usatysfakcjonowane. Dla nich to też były nowe doświadczenia smakowe.

 

 

 

 

 

Dziś niedziela – Dzień Pański. Było nam dane przeżywać Eucharystię w języku kinyarwanda, w tutejszej Parafii razem z Rwandyjczykami. Nikt się nie spieszył, nie zerkał na zegarek, a czas płynął…i po dwóch godzinach otrzymaliśmy błogosławieństwo. Cały Kościół był pełen kolorowo ubranych ludzi, radośnie śpiewających pieśni, których melodia wpadała nie tylko do ucha, ale tworzyła modlitewną atmosferę, a niektórym nawet wywoływała gęsią skórkę na rękach. Zostaliśmy przywitani jako wolontariusze z Polski oklaskami i miłymi uśmiechami. Oczywiście nie obyło się również bez uścisków ręki i przytulasów. Parafianie byli bardzo otwarci i przyjaźni dla nas, szczególnie ci młodsi. Bycie jednymi białasami w dużej społeczności to dziwne doświadczenie.

 

25.02.24.

Tak minęło półtora tygodnia od czasu, gdy wylądowaliśmy na tym pełnym kontrastu kontynencie.
Zdążyliśmy zauważyć, że miejsce, gdzie mieszkamy, jest naprawdę oazą w tej stolicy. Zmieniliśmy pokój, mieszkamy na drugim piętrze i teraz rano można obserwować, które ptaki budzą nas swym śpiewem.

Tydzień upłynął pod hasłem pracy w drukarni. To dobry czas. Poznajemy ludzi, historie ich życia i realia życia w Rwandzie. Widzimy ich mentalność, inne podejście do problemów, inne priorytety. Nawzajem dziwimy się, że coś jest normalne, powszechne. Wzbogacamy się swoimi kulturami. Dla nich to chyba ważne, że jesteśmy wśród nich, siedzimy obok, przekładamy razem kartki, lepimy okładki do książki. Na pytanie Adama „Co można zrobić, by pracowało się im lepiej, co można usprawnić? Usłyszeliśmy, że nic (a trzeba dodać, że my zmienilibyśmy tam prawie wszystko), to że siedzę obok, to jest równouprawnienie, usłyszeliśmy. Jak zwykle nawet w Afryce udało nam się być „mistrzami dobrego pierwszego wrażenia”. Ludzie obdarzają nas niezwykłą życzliwością, troską, przyjaźnią. Są bardzo otwarci. Mamy ustalony plan dnia. Pobudka, Msza św. lub modlitwa poranna w kaplicy, która jest po drodze do naszego miejsca posiłków, śniadanie i praca. Pracujemy od ok 8.00 do 17.00 z przerwą na lunch o 12.30 do 13.00. O 19.00 jemy dinner. I tak mijał dzień za dniem w tym tygodniu. Ja brałam udział w powstawaniu książek, informatorów, a Adam reperując, co się da.

 

Wczoraj mieliśmy spotkanie „na szczycie” z Księdzem Prowincjałem. Podzieliliśmy się naszymi pomysłami na współpracę przy Hobe i wydaje się, że zostały przyjęte bardzo entuzjastycznie. Plan i pomysły są, a co z nich wyrośnie w rękach Pana. Wydaje się, że w przyszłym tygodniu pójdziemy do szkoły, by próbować czy nasze pomysły dostosują się do realiów prawdziwego życia w Rwandzie. Daj Boże, by coś się udało nam zrobić dobrego dla tych najmłodszych.

 

Wczoraj mieliśmy też czas zwiedzania centrum, sklepów i największego targu w Kibironho. Pojechaliśmy tam taksówkami. To najpopularniejszy środek lokomocji w Kigali i dla nas koszt to niecały dolar.

Dziś planujemy uczestniczyć w Mszy św. w języku suahili i zwiedzić pobliski park, który jest podobno oazą ptaków.

 

 

 

 

w centrum Kigali.

W sklepie.

Na targu.

 

 

 

 

Na targu, w centrum i ptak w naszym w ogrodzie.

 

 

 

 

29.02.2024

 

Wczoraj udało nam się iść na prawdziwy lekcyjny dzień do placówki Sióstr Pallotynek – G. S ST Vincent Pallotti mieszczącej się w Gikondo, jakby dzielnicy Kigali. Są tu trzy grupy przedszkolne i dwie szkolne. Dzieci są niezwykle otwarte, radosne i ciekawe białego człowieka. Dotykają skóry rąk, włosów, ściągają okulary przeciw słoneczne. Podchodzą, witają się, przytulają. Szkoła wydaje się być naprawdę na niezłym poziomie. Wszyscy uczniowie, w zależności od grupy do jakiej należą, mają swoje mundurki. Każdy oddział innego koloru. Proste koszulki z odpowiednim mottem. Pierwszaki „ Discipline, Amour, Intelligence”. W szkole uczą się francuskiego, kinyarwanda, suahili i angielskiego, chociaż nie mają książek, kolorowych przyborów i kreatywnych pomocy do nauczania. Sale są skromnie wyposażone. Dzieci uczą się od 8.00 do 13.00 – młodsze, a do 14.00 starsze. Między lekcjami mają przerwy: na śniadanie, a także na zabawę w ogrodzie, czy na placu zabaw.

Raz w tygodniu, właśnie w środę, jest specjalny czas „Club”. Byliśmy uczestnikami dobrej zabawy przy muzyce. Byłam pod wrażeniem otwartości nauczycieli i takiej integracji. Dwie godziny radosnego bycia razem. Dołożyliśmy swoją cegiełkę, a właściwie to powinnam napisać naszą wspólną cegiełkę, bo właśnie Wy dawaliście swoje pieniądze, byśmy mogli zakupić, wczoraj przez nas, używaną Chustę Klanzy. Dziękujemy za Wasz udział w naszym pobycie tutaj. Wiele entuzjazmu wzbudziło wielość kolorów. Pompowaliśmy balony, które dostaliśmy od Wydawnictwa „Promyczek”, za które również dziękujemy. Chyba się wszystkim ten czas bardzo podobał.

Dziś byłam w dwóch grupach przedszkolnych. Z jedną utrwalaliśmy angielskie nazwy kolorów, korzystając również z chusty i używaliśmy też kolorowych balonów, a z drugą kolorowaliśmy kwiatka, by potem utrwalać, jakże trudną umiejętność, posługiwania się nożyczkami. Starszaki wykonywały symboliczny koszyczek wielkanocny. Każdy chciał być zauważony „Maja, look at me” słyszałam nieustannie. Bardzo to było miłe. Wspaniale, że dzięki Wam mamy swoje kolorowe kredki, temperówki, klej, nożyczki. Na koniec zrobiliśmy wystawę z naszych prac.

A Adam? Co może robić Adam? Pracował trochę z dzieciakami oczywiście, ale potem reperował drzwi, zorganizował wymianę szyby w oknie i spawanie pękniętej huśtawki oraz przygotowywał się do jutrzejszego reperowania szafek. To był bardzo miły i pracowity dzień.

 

7.03.2024

 

Korzystając z dobroci polskich pielgrzymów, którzy przyjechali na zwiedzanie Rwandy, zabraliśmy się z nimi do Kibeho, miejsca objawień Maryi. Wyjechaliśmy dziś i plan jest taki, by wrócić w poniedziałek wieczorem do naszej pracy. Nowe doświadczenie. Możemy zwiedzać inną Rwandę – kraj tysiąca wzgórz. Poniżej plantacje trzciny cukrowej i pola ryżowe.

Zwiedziliśmy Rubare miejsce, gdzie w 1990 r. był Papież Jan Paweł II i ufundował sierociniec dla dzieci, żeby kilka lat później został on zamknięty przez prezydenta Rwandy. Dlaczego? Sierot i dzieci ulicy jest tutaj wiele, ale jakoś nie mogą być oficjalnie zauważone. Budynki zostały zamienione na szkołę i miejsca, gdzie dzieci mogą przychodzić w weekendy.

 

Byliśmy w Ruhango – Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, właśnie w dzień, gdzie Ewangelia jest o Marnotrawnym synu lub dla innych o Miłosiernym Ojcu, a podobno trzeci jej tytuł to „Przeoczony ojciec” – bardzo ciekawa interpretacja.

Kwiaty z ogrodu w Ruhango. Po prawej: strelicja królewska, wersja biała.

 

Dalej Nyanza i zamki królewskie. Kolejno: zamek, palenisko i wejście do sypialni. A potem Królewska Krowa…

 

W Kibeho mamy bardzo owocny czas. Modlitwy, słuchania historii, spędzania go z wizjonerką, bycia z ludźmi. Kibeho jest wioską pięknie położoną – 162 km od Kigali, ale jedzie się tam 4 godziny po Rwandyjskich drogach. Maryja po raz pierwszy ukazała się tutaj w 28.11.1981 r. jednej uczennicy szkoły średniej Alphonsine Mumureke, przedstawiając się jako „Matka Słowa”. Dwa i pół miesiąca potem pokazywała się kolejnym dwom uczennicom tej samej szkoły – Natalie Mukamazimpaka i Marie Claire Mukangango. Za czas zakończenia objawień uznaje się dzień 28.11.1989.
Przesłanie objawień zawarte zostało w 10 punktach.

W Kibeho jest też ośrodek dla niewidomych, prowadzony przez Siostry Franciszkanki, te same co w Laskach. Zresztą sam ośrodek jest zbudowany z funduszy Polaków za czasów Lecha Kaczyńskiego, na podobieństwo naszego ośrodka. Mieszka tam 140 dzieciaków nie tylko z Rwandy. Kilkoro dzieci jest z Ugandy i Tanzanii. Ośrodek jest prowadzony bardzo profesjonalnie. Dzieci uczą się bardzo dużo i uzyskują bardzo wysokie wyniki. Siostry mówią, że uczniowie chcą się uczyć ile im sił starcza, nie trzeba ich do nauki zachęcać. Dzieci mają miejsce do mieszkania, dostają posiłki i zdobywają edukację. Jeżdżą do domu na święta i wakacje i… nie zawsze jest to miły czas. Często wracają głodne i brudne.
Spotkanie w ośrodku było bardzo, bardzo wzruszające. Podziwialiśmy ciężką pracę sióstr i oglądaliśmy dzieci w trakcie ich nauki. Siostry oczywiście utrzymują się głównie dzięki ofiarności ludzi i to głównie z Polski. Dotacje od Państwa są zbyt małe, by prowadzić taką szkołę dla niewidomych. Utrzymanie takiego ucznia to ok. 2 000 zł rocznie. Można takie dziecko sponsorować poprzez adopcję serca. W tym ośrodku, tuż przed naszym przyjazdem był nasz Prezydent ze swoją żoną. O tej wizycie mówią nawet dzieci w przedszkolu. Wszyscy są pod ogromnym wrażeniem jego postawy. Każdy nam o tej wizycie opowiada. Ośrodek, od Pary Prezydenckiej, dostał maszynę do drukowania brajlem. Dzięki temu dzieciaki będą mogli czytać książki, które w Rwandzie są bardzo drogie. Wszyscy są bardzo szczęśliwi z tego podarunku. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem prowadzenia tego ośrodka, wielkiego zaangażowania sióstr, ich radości, ale też z entuzjazmu dzieciaków. Widzieliśmy jak się uczą, grają w piłkę, śpiewają. To było bardzo przejmujące miejsce.

 

We wtorek powrót do szkoły, naszej nowej pracy. Pokazywaliśmy dzieciakom prezentację o Polsce i naszych uczniach. Ileż było entuzjazmu na widok naszej jesieni, czy zimy. Przed wyjazdem Ania moja przyjaciółka – nauczycielka ze szkoły w Magdalence, zorganizowała w dzień św. Walentego akcję „Serce dla Rwandy”. Dzieciaki kupowały przygotowaną galaretkę i w ten sposób zbierały pieniądze dla naszych Rwandyjczyków. Ania wykazała się wielkim zaangangażowaniem, pomysłowością i zaradnością. Nauczyciel z pasją. Aniu dzięki za Twoją inicjatywę! Bez proszenia, nagabywania… Sama z Siebie. Trochę tam jakby to była jej Misja, jakby była tu z nami. Pokazywaliśmy naszym dzieciom te zdjęcia. (Nasze to teraz Rwandyjskie). Za te pieniądze na razie kupiliśmy piłki, których w szkole nie ma, bo są za drogie. W ogrodzie stoją dwie bramki, ale nie wykorzystywane. Może teraz? Na wszystkie nowości dzieci reagują WOW… Wielkie dzięki uczniom z Magdalenki!

Polscy uczniowie przygotowali również dla swoich Afrykańskich kolegów listy które zostały przez nas przekazane. Ileż było radości. Dzieci ściskały te listy, były wdzięczne. Podziwiały swoich nowych kolegów.

Dziś odbyło się nasze spotkanie on line. Plan był taki, że połączymy się na timsach. Nasze dzieciaki zatańczą swój tradycyjny taniec i zaśpiewają piosenkę. Uczniowie z Magdalenki zagrają i zaśpiewają. Nie było łatwo… dzieli nas ponad 10 tys. kilometrów, 124 godz. ciągłej jazdy samochodem, 76 dni na piechotę. Połączenie między Afryką i Europą, delikatnie mówiąc nie należało do najłatwiejszych. Nasze dzieci były super przygotowane, chociaż to naprawdę zupełnie inna kultura. Dziewczyny tańczą taniec królewskich krów, jak one wyglądają widzieliście wcześniej, a chłopaki wojowników. Niesamowite. Wyobrażacie sobie, by powiedzieć Europejce, by uczyła się tańca królewskiej krowy? Nie słyszeliśmy grania polskich uczniów, ale cóż. Może uda się innym razem, a może uda się posłuchać nagrania. Tak czy inaczej pierwsza próba poznania się już za nami. Nasze dzieci były pełne entuzjazmu, z wielką ciekawością wpatrzone były w ekran, gdzie mogły zobaczyć inny kontynent. Nauka tego tańca nie należy do najłatwiejszych.

16.03.2024

Trudno w to uwierzyć, ale właśnie szybkimi krokami zbliżamy się do dnia naszego odjazdu. Zaczynamy pakowanie, kończymy nasze działania. Czas płynie bardzo szybko i chociaż oczywiste tęsknimy do domu, to trudno w to uwierzyć, że jesteśmy tu już pięć tygodni. Każdy dzień jest zapełniony podobnymi czynnościami. Wstajemy, jesteśmy w kaplicy, jemy śniadanie, idziemy do szkoły, wracamy na obiad, przygotowujemy się do kolejnego dnia.
Adam głównie zajmuje się jakimiś reperacjami i bawi się z dzieciakami. Praca z pomocnikami to jest atrakcja!

Natomiast ja oswajam dzieci z kredkami, nożyczkami, klejem. Wykonujemy jakieś prace plastyczne, w których najważniejszą rzeczą jest zauważenie starań, zmagań z trudną czynnością wycinania czy dokładnego malowania. Każdy chce być zauważony, doceniony, pochwalony.

Oczywiście między pracą jest też zabawa.

W weekend dalsza część poznawania Rwandy, kraju tysiąca wzgórz, niesamowitych krajobrazów, czerwonej ziemi i wielkich kontrastów. Brat Zdzisław zabrał nas na północ, byśmy mogli podziwiać piękny krajobraz wulkanów i Jezioro Kiwu. Droga długa, chociaż w kilometrach niewiele. Krajobraz bardzo się zmienia. Bogactwo przeplata się z biedotą. Owoce ananasów, bananowce, drzewa kawowe.

Po drodze zwiedzamy niesamowicie piękne miejsce na wyciszenie, rekolekcje czy zwykły odpoczynek. U Sióstr Ogniska Miłości Ruhondo Remera.

Napotkani przechodnie.

Wulkany. Cel każdej podróży. Przepiękne krajobrazy.

Nocleg w Kinoni, Parafii Pallotyńskiej. To nieco inny krajobraz. Chodzimy po okolicy i widzimy tu ludzką biedę. Szkoła, ośrodek zdrowia.

Wracając jedziemy jeszcze nad jezioro Kivu i podziwiamy przepiękny krajobraz. Dziękujemy za troskę o nas byśmy mogli zobaczyć różnorodność tego kraju.

Zbliżając się do końca naszego pobytu, po woli oddaję ostatnie przywiezione z Polski rzeczy i widzę potrzebę opowiedzenia nauczycielom o sposobach korzystania z nich, szczególnie z gier. Mówię im, że jak chcą możemy się spotkać w dogodnym dla nich czasie i mogę im pokazać znane mi zabawy z chustą Klanzy, czy z przywiezioną grą Dooble – dar od Ani. Spotykam się z przyjęciem mojej propozycji i w piątek po lekcjach z dziećmi, spotykamy się na mini „szkoleniu dla nauczycieli”. Bardzo owocne spotkanie. „Zamieniłam wszystkich w dzieci” i razem poznawaliśmy nowe zabawy czy utrwalaliśmy te, które już wcześniej zostały pokazane dzieciom. Przyznam, że nauczyciele z łatwością wcielili się w nowe role i pełni zaangażowania uczestniczyli we wszystkich proponowanych przeze mnie aktywnościach. Czas pełen radości i zabawy. Mam nadzieję jednak, że to był czas prawdziwego instruktażu, który przełoży się na zabawę z dziećmi.

24.03.224

 

 

I tak dożyliśmy dnia naszego wyjazdu. Ostanie trzy dni były czasem podsumowań, ładnie mówiąc ewaluacji, podziękowań i pożegnań, które nie były łatwe oczywiście. Ostatni dzień w szkole, ostatni spacer, ostatnia kolacja, czeka nas jeszcze ostatnia Eucharystia i podróż do domu – z nadzieją i wiarą, że nie ostatnia. Dziś będziemy razem przeżywać Niedzielę Palmową. Mamy już swoje gałązki prosto z ogródka.

 

Ostatnie zdjęcia oczywiście. Tyle dobrych i miłych słów usłyszeliśmy. I jak na „beksę” przystało nie zabrakło też wylanych łez. Oczywiście przychodzą pytania o to jaki był ten czas. Długi, a jednak tak krótki. Ile zrobiliśmy, a ile można było zrobić? Jak zrealizowaliśmy plan? Ale jaki był prawdziwy plan do zrealizowania? Przypominają mi się słowa piosenki bardzo aktualne dziś dla nas:

 

„Jaki był ten dzień, co darował, co wziął.
Czy mnie wyniósł pod niebo czy rzucił na dno.
Jaki był ten dzień czy coś zmienił czy nie.
Czy był tylko nadzieją na dobre i złe”

 

 

Tak myślimy, że może po powrocie ułożą się w nas wrażenia i łatwiej nam będzie spojrzeć na ten wypełniony samymi nowościami czas. Mamy nadzieję, że byliśmy raczej pomocnikami niż „psujami” Pana Boga. Spotkaliśmy tu wielu wspaniałych ludzi, ich życzliwość, troskę, otwartość. Widzieliśmy piękny kraj tysiąca wzgórz, czerwonej ziemi, a także kraj ogromnych kontrastów i całkiem innej kultury.
Mamy nadzieję, że po powrocie i okrzepnięciu z wrażeń, zorganizujemy czas, by się spotkać i jeśli komuś było mało opowieści, jeśli będziecie mieli pytania co do tej dalekiej Afryki, to będziemy się z Wami dzielić tym, co mamy.
Dziękujemy Wam za pamięć, za modlitwę, troskę, słowa wsparcia i pociechy. Bez Was nie byłoby nam tak łatwo.

A przed nami czas podróży. Plan jest taki, że wylatujemy z Kigali o 15.50, a w Polsce mamy być o 9.30 w poniedziałek 25 marca 2024. Nasze podróżowanie na afrykańską ziemię, które rozpoczęło się w środę popielcową, dobiegło końca wraz z końcem Wielkiego Postu. Jesteśmy wdzięczni za wszystko, co zostało nam tu dane.

 

Wiesia i Adam