Spis treści :

 

 

 

Podaruję swój czasApolonia Niemira

Więcej niż pomoc – spotkanie, które zostaje na całe życieKamil Leśnicki

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Rwanda

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

1 lipca do 6 sierpnia 2026

Apolonia Niemira

 

Podaruję swój czas

 

„Podaruję swój czas” to hasło, które towarzyszyło mojej misji w Rwandzie. Dzisiaj, kiedy wracam myślami do tych pięciu tygodni, jestem przekonana, że nie mogłam znaleźć lepszego określenia tego, co chciałam zrobić.

Chciałam ofiarować swój czas, swoją pracę, swoje umiejętności, a przede wszystkim swoją obecność drugiemu człowiekowi. Nie przypuszczałam jednak, że ten dar wróci do mnie z taką siłą.

Od dawna interesowała mnie Afryka. Wiele słyszałam o tym kontynencie, o życiu jego mieszkańców, o Kościele katolickim i pracy misjonarzy. Marzyłam, aby poznać ten kraj nie jako turystka, lecz jako wolontariuszka. Ukończenie sześciomiesięcznego kursu, otrzymanie certyfikatu i krzyża misyjnego oraz skierowanie do Rwandy sprawiły, że mogłam spełnić swoje marzenie.

Na misję wyjechałyśmy w czteroosobowej grupie wolontariuszek. Razem z Zosią spędziłyśmy pierwsze dwa tygodnie w Masace. Później zamieniłyśmy się z dwiema pozostałymi wolontariuszkami i wyjechałyśmy do Ruhango, gdzie posługują Siostry Pallotynki.

 

Masaka, spotkania i codzienna pomoc

 

Masaka była dla mnie przede wszystkim czasem spotkań z ludźmi i odkrywania, że nawet najprostsza pomoc może mieć ogromne znaczenie.

Jednym z miejsc, w których pracowałam, była szwalnia. Zatrudnionych było tam dziesięć kobiet, które szyły mundurki szkolne dla dziewcząt i chłopców. Maszyny były już elektryczne, ale warunki pracy bardzo trudne. W pomieszczeniu panował ogromny upał, nie było wentylacji, a przez okna mocno prażyło słońce. Chętnych do pracy było więcej niż dostępnych stanowisk, dlatego kobiety pracowały na zmianę.

Pomagałam przy szyciu, drobnych wykończeniach i prasowaniu. Kobiety nie znały języka angielskiego, więc porozumiewałyśmy się za pomocą translatora. Mimo bariery językowej szybko znalazłyśmy sposób, by się rozumieć. Było przy tym wiele śmiechu, gestów, pokazywania sobie różnych rzeczy i ogromnej życzliwości. Czasem wystarczył uśmiech, spojrzenie, prosty gest albo wspólna praca, aby poczuć wzajemną bliskość.

Ważnym doświadczeniem było również spotkanie z młodymi dziewczętami, które przygotowują się do życia zakonnego. Usiadłyśmy razem w ogrodzie i zaczęłam uczyć je szydełkowania. Powstały piękne opaski na głowę. Było dużo radości, rozmów i śmiechu, a w pewnym momencie zaczęłyśmy wspólnie śpiewać.

Kiedy założyłyśmy wykonane przez siebie opaski, zobaczyłam na ich twarzach ogromną radość. Ich uśmiechy bardzo mnie wzruszyły. Był to jeden z tych drobnych, a jednocześnie niezwykle pięknych momentów, które pozostają w pamięci na długo.

Pomagałam również w przychodni zdrowia. Zosia, która wkrótce zostanie lekarzem, mogła towarzyszyć miejscowemu lekarzowi i zdobywać doświadczenie. Ja zajmowałam się między innymi sprzątaniem przychodni. Ku mojemu zaskoczeniu odkryłam, że ta prosta praca dała mi wiele radości i poczucie, że jestem naprawdę potrzebna. Mogłam też zobaczyć, jak wyposażone są poszczególne gabinety.

 

Ruhango i praca w szkole

 

Po dwóch tygodniach przeniosłyśmy się do górskiego miasta Ruhango. Tam razem z koleżanką pracowałyśmy w szkole nad przygotowaniem 17 książek dla dzieci w języku angielskim. Zawierały one zarówno treści świeckie, jak i religijne. Do poszczególnych tekstów trzeba było przygotować ilustracje, opracować je komputerowo, wydrukować, wkleić, a następnie złożyć i oprawić całe książeczki.

Przygotowałyśmy również nowe afisze i pomoce dydaktyczne do szkoły w językach angielskim i francuskim, ponieważ stare były już bardzo zniszczone. Mogłam w ten sposób wykorzystać swoje umiejętności plastyczne. Rysowałam części garderoby i różne przedmioty, a następnie podpisywałam je w odpowiednich językach. Ta praca sprawiała mi wiele radości, ponieważ mogłam wykorzystać to, co lubię i potrafię.

 

Boisko, które zobaczyłam własnymi oczami

 

Jest jeszcze jeden bardzo ważny element mojej misji w Ruhango. To powstające boisko szkolne. Jednym z celów naszej misji było wsparcie jego budowy. Pieniądze na ten cel były zbierane jeszcze w Polsce, między innymi podczas sprzedaży rwandyjskiej kawy i herbaty w naszych parafiach oraz poza nimi.

Podczas pobytu w szkole miałam niezwykłą możliwość obserwowania, jak ten cel powoli staje się rzeczywistością. Niemal każdego dnia wychodziłam na zewnątrz i z zachwytem patrzyłam, jak szybko postępują prace. Z dnia na dzień było widać ogromny wysiłek ludzi i coraz wyraźniejsze efekty ich pracy.

Szczególnie poruszył mnie sposób, w jaki pracowali. Bez ciężkiego sprzętu i maszyn, w ogromnym upale, własnymi rękami wykonywali pracę, która u nas wymagałaby użycia specjalistycznego sprzętu. Posługiwali się szpadlami, łopatami i kilofami. Mieszali cement z piaskiem, rozłupywali kamienie i przenosili je w przygotowanych do tego nosidłach. Widziałam również kobiety niosące kamienie na głowach.

Patrzyłam na to z ogromnym podziwem, ale także z drżeniem w sercu. Była to dla mnie lekcja pokory, a jednocześnie świadectwo niezwykłej siły i determinacji. Mimo ciężkiej pracy ludziom nie brakowało uśmiechu. Towarzyszyło im też pozdrowienie: „Amakuru? Ni meza!”, czyli „Jak się masz? Dobrze!”.

Wierzę, że już wkrótce boisko zostanie ukończone i szkoła nie będzie musiała zostać zamknięta. Patrzyłam na postęp prac i myślałam, że oto widzę owoc naszej wspólnej pracy.

Dziękuję wszystkim, którzy wsparli ten projekt, nawet poprzez drobne gesty. Patrząc na powstające boisko, chyba właśnie wtedy najmocniej poczułam, że pomaganie ma sens. Szczególnie wtedy, gdy można zobaczyć, że za naszym małym gestem dzieje się coś dobrego i prawdziwego.

Wierzę, że kolejne osoby, które są już w Masace, odwiedzą Ruhango i zobaczą ukończone boisko.

Był również czas na pomoc siostrom w kuchni. Pewnego dnia usmażyłam placki ziemniaczane, które wspólnie zajadałyśmy. Było przy tym dużo śmiechu i rozmów o polskim jedzeniu oraz naszych zwyczajach. Takie zwyczajne chwile okazały się niezwykle ważne.

 

Ludzie, których spotkałam

 

Siostry Pallotynki otaczały nas troską, cierpliwością i wyrozumiałością. Dbały o nas i stale pytały o nasze samopoczucie oraz potrzeby. Szczególnie mocno odczułam ich życzliwość jako osoba starsza i niezbyt płynnie posługująca się językiem angielskim. Nigdy nie spotkałam się z ich strony ze zniecierpliwieniem. Wręcz przeciwnie, zawsze mogłam liczyć na pomoc i zrozumienie.

Ważną postacią podczas naszego pobytu był ksiądz doktor Andrzej Jakacki, misjonarz, który od ponad 30 lat posługuje w Rwandzie. Jest prawdziwą skarbnicą wiedzy o tym kraju i jego mieszkańcach. Pomagał nam poznawać Rwandę nie tylko od strony codziennego życia, ale także jej historii, kultury i wiary.

Dzięki niemu mogłam pojechać do Kibeho, miejsca objawień Matki Słowa. Spotkanie z wizjonerką Nathalie, Natalią, było dla mnie przejmującym i głębokim przeżyciem.

Poznałam również siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża, prowadzące szkołę z internatem dla około 200 niewidomych dzieci. Zobaczyłam tam ogrom pracy, serca i poświęcenia, a także niezwykłą gospodarność i porządek. Dzieło to przypominało mi miejsce, które znamy z Polski, czyli Laski.

Ta szkoła z internatem jest jednym z największych projektów pomocowych, jakie Polska zrealizowała w Afryce. Nie chodzi jednak tylko o budynki, w których dzieci znalazły bezpieczny dach nad głową i możliwość nauki. Najważniejsze są uwaga, opieka i poczucie, że każde z tych dzieci jest ważne. To miejsce, w którym można naprawdę poczuć, że pomoc ma sens, jeśli za każdym działaniem stoi człowiek i jego otwarte serce.

Miałam także możliwość spotkać się z siostrą Anną ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, która posługuje w hospicjum. To kolejne miejsce, które głęboko zapada w serce. Patrząc na poświęcenie sióstr i ich troskę o chorych, można zobaczyć, jak wiele dobra człowiek potrafi ofiarować drugiemu człowiekowi.

 

Rwanda to przede wszystkim ludzie

 

Rwanda pozostanie dla mnie przede wszystkim krajem ludzi, a szczególnie dzieci.

W czasie wolnym chętnie spotykałam się z miejscową ludnością. Były ciepłe pozdrowienia, uśmiechy, uściski, drobne upominki i zwyczajne, piękne ludzkie gesty. Dzieci bardzo szybko skradły moje serce. Ich radość, ciekawość świata i spontaniczność były niezwykle wzruszające.

Każde takie spotkanie, na ulicy, na placu zabaw, w przychodni czy w kościele, pozostawiło we mnie ślad, który trudno wyrazić słowami.

Wzruszenie mieszało się jednak z przejęciem, ponieważ zobaczyłam prawdziwą biedę. Nie taką, o której czyta się w książkach, lecz biedę widoczną gołym okiem. To zupełnie inne doświadczenie. Zobaczyłam również ogromne kontrasty społeczne. Skłoniło mnie to do głębokiej refleksji nad tym, jak bardzo różne może być życie ludzi w różnych częściach świata.

 

Lekcja pokory

 

Dla mnie osobiście ta misja była wielkim wyzwaniem. Jako seniorka, słabiej znająca język angielski, nie zawsze czułam się pewnie. Bywały chwile naprawdę trudne, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.

Często wieczorami, leżąc w łóżku, długo nie mogłam zasnąć. Wracałam myślami do wypowiedzianych słów i sytuacji, zastanawiając się, czy dobrze coś powiedziałam i czy zostałam właściwie zrozumiana. Była to dla mnie prawdziwa lekcja pokory.

Pojawiały się momenty zwątpienia, ale po nich przychodziły chwile, w których zbierałam siły i szłam dalej. Dzisiaj wiem, że moje obawy były znacznie większe niż rzeczywiste trudności. Spotkałam się z ogromną cierpliwością Sióstr Pallotynek oraz nieocenioną pomocą mojej towarzyszki Zosi.

Uśmiech drugiego człowieka okazał się najlepszą nagrodą. Przekonałam się, że dobro nie potrzebuje wspólnego języka.

 

Otrzymałam więcej, niż dałam

 

Dziś, kiedy patrzę na te pięć tygodni, mam poczucie, że otrzymałam znacznie więcej, niż sama mogłam dać.

Pojechałam do Rwandy z myślą, że będę pomagać. Wróciłam z ogromnym bagażem doświadczeń, wzruszeń, spotkań i bezgranicznej wdzięczności. Przywiozłam ze sobą twarze napotkanych ludzi, uśmiechy dzieci, cierpliwość sióstr, wspomnienie wspólnej pracy, śpiewu, rozmów oraz wielu cudownych chwil, które pozostaną we mnie na zawsze.

Jednego tylko żałuję. Że zdecydowałam się na tę misję tak późno. Wcześniej nie było to możliwe, ale gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym to wiele lat wcześniej.

Dlatego chcę opowiadać o tym doświadczeniu młodemu pokoleniu i zachęcać młodych ludzi do wyjazdów misyjnych. Nie tylko po to, aby nieść pomoc, ale również po to, aby uczyć się cierpliwości, pokory i wdzięczności. Przede wszystkim zaś po to, aby przekonać się, że nawet najmniejszy gest może mieć dla drugiego człowieka bezcenne znaczenie.

Dziś jeszcze mocniej rozumiem słowa: „Podaruję swój czas”. Wydawało mi się, że jadę do Rwandy, aby ofiarować coś od siebie. Tymczasem wróciłam z poczuciem, że to ja zostałam obdarowana.

 

 

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Tanzania

WOLONTARIAT SALVATTI.PL

26 maja do 26 czerwca 2026

Kamil Leśnicki

 

Więcej niż pomoc – spotkanie, które zostaje na całe życie

Mój wolontariat z Fundacją Salvatti był jednym z tych doświadczeń, które na długo pozostają w pamięci i zmieniają sposób patrzenia na świat. Wspólnie zaangażowaliśmy się w zbiórkę środków na budowę kaplicy w Afryce. Naszym celem było zgromadzenie całej potrzebnej kwoty i dzięki zaangażowaniu wielu osób udało się go osiągnąć. Na miejscu mogliśmy rozpocząć budowę kaplicy, która będzie służyć lokalnej społeczności przez wiele kolejnych lat.
Sam wyjazd dał mi jednak znacznie więcej niż możliwość uczestniczenia w realizacji projektu. Mieliśmy okazję pomagać mieszkańcom, spędzać czas z dziećmi oraz organizować wspólne zabawy i zajęcia sportowe. Poprzez ruch i zabawę pokazywaliśmy dzieciom różne formy aktywności, a jednocześnie sami uczyliśmy się od nich radości, otwartości i wdzięczności za najmniejsze rzeczy.
Bardzo ważnym elementem tego doświadczenia było również uczestnictwo we wspólnych mszach oraz poznawanie codziennego życia tamtejszej wspólnoty. Pozwoliło mi to jeszcze lepiej zrozumieć, jak wielkie znaczenie mają obecność, solidarność i budowanie relacji, niezależnie od miejsca, języka czy kultury.
Ten wolontariat pokazał mi, że pomaganie to coś znacznie więcej niż wsparcie materialne. To przede wszystkim spotkanie z drugim człowiekiem, dzielenie się swoim czasem, energią i sercem. Z tego doświadczenia płynie dla mnie jedna ważna myśl. Naprawdę warto angażować się w pomoc, bo często dając coś od siebie, otrzymujemy doświadczenia i lekcje, które pozostają z nami na całe życie.