To mogło się przytrafić tylko mnie i moim przyjaciołom.

Bilet do Indii kupowałem podajże w październiku. Tuż przed wylotem do Indii w styczniu dowiedziałem, że w mieście mojego odlotu – Hydarabadzie, na dzień przed odlotem, bierze ślub z hinduską dziewczyną syn moich przyjaciół. Oczywiście, otrzymałem zaproszenie. Trochę trzeba było nacisnąć na proboszcza, który mi organizował pobyt w Indiach do modyfikacji planu mojego pobytu i udało się! Dotarłem prawie w samą porę. Co prawda ominęła mnie ceremonia zaręczyn, która była dzień wcześniej, ale na sam ślub zdążyłem.

Ceremonia zaczynała się o zmierzchu, przede wszystkim z tego względu, że wtedy robiło się sympatycznie chłodno po upalnym dniu. Wszyscy goście Pana Młodego, Polacy, już byli w hinduskich strojach. Dziękowałem mojemu proboszczowi, który prawie w ostatniej chwili kupił mi tradycyjny hinduski strój – jak znalazł na tę uroczystość. Najpierw pochód. Pan Młody, wystrojony jak Maharadża, na prześlicznym białym koniu, podążał w stronę domu weselnego poprzedzony orkiestrą i roztańczonym orszakiem. Z perspektywy czasu okazało się, że to były pierwsze i ostatnie tańce na tym weselu. Goście wspominali mi, że wytańczyli się dzień wcześniej, podczas zaręczyn. Mnie to ominęło. I dobrze. Nie przepadam za tańcami. Pochód trochę trwał. Może i godzinę. Wreszcie po przybyciu do domu weselnego odbył się rytuał powitalny przez rodziców Panny Młodej. Chyba. Szczegółów nie dojrzałem, bo się nie dopchałem. Z Panną Młodą Narzeczony spotykał się dopiero po przejściu do ogrodu, na podium. Tu, jak się domyśliłem chodziło o pewną grę, w której Pan Młody niby unika wieńca zarzucanego mu na szyję przez Narzeczoną, ale oczywiście, przy wybuchu ogni sztucznych, wszystko się udaje.

Następnie cały orszak przesunął się do altanki, gdzie na narzeczonych czekał bramin ze swoim synem (w hinduizmie funkcja bramina jest przekazywana z ojca na syna). Oni to prowadzili cały obrzęd zaślubin. Wszystko właściwie odbywało się na siedząco wokół mikroskopijnego ogniska, do którego bramini wciąż podrzucali jakieś zioła, płyny, kwiaty i co tam jeszcze mieli pod ręką.

Rodzina narzeczonego uprzedziła mnie, że ta ceremonia potrwa około półtorej godziny i to jest dobra okazja, by zjeść kolację. Po swoich dotychczasowych przejściach z hinduskim jedzeniem i nadopiekuńczością proboszcza, byłem szczęśliwy, że nie muszę się częstować hinduskimi potrawami. Wolałem się trochę przyjrzeć hinduskim obrzędom. Bramini wciąż coś śpiewali, dorzucali do ognia, obracali kadzidłami lub ewentualnie zachęcali do tego narzeczonych. Polscy goście, szczerze współczuli Panu Młodemu, który zresztą przed ceremonią, miał poważne obawy, czy aby na pewno wysiedzi półtorej godziny po turecku, ale spisywał się dzielnie. Z tego, co mi potem bramin tłumaczył, centralnym momentem było zapięcie naszyjnika przez Pana Młodego na szyi Panny Młodej. Przyjęcie naszyjnika przez nią było oficjalnym momentem zawarcia małżeństwa. W trakcie ceremonii nie brakło chyba też kazania bramina, bo coś opowiadał, nawet z humorem, nawet po angielsku, ale hinduskiego akcentu, nawet po ponad tygodniowym pobycie w Indiach nie trawiłem, więc się za bardzo temu nie przysłuchiwałem. W ogóle czas tego obrzędu dla pozostałych był okazją do posiłku i przyjacielskich pogaduszek. Nikt za bardzo się nie przejmował, co się dzieje w altance.

Pod koniec ceremonii bramin zaprosił mnie i obecnego diakona na modlitwę. Diakon odczytał fragment Ewangelii, a ja odmówiłem błogosławieństwo, które zwykle odmawia się nad nowożeńcami po modlitwie Ojcze Nasz. Po polsku. I to było w zasadzie na tyle, jeśli chodzi o ślub i wesele.

Ostatnim etapem ceremonii były pamiątkowe zdjęcia, które można było sobie zrobić na specjalnie przygotowanym podium. Wtedy też podano właściwy posiłek. Tańców już nie było.

Na koniec jeszcze jedna rzecz, która nurtowała polskich gości: czy ten ślub, z naszego katolickiego, punktu widzenia, był ważny. Uff, nie przygotowałem się dobrze na takie pytania. W seminarium za wykładami z Prawa Kanonicznego nie przepadałem, chyba, że udało się zdobyć na sali wykładowej dobrą miejscówkę do spania. Akurat na prawie małżeńskim dość uważałem i z tego, co mi się kołatało w głowie, to zasada, że każda zgoda małżeńska, jasno wyrażona w kontekście danej religii czy kultury i wobec kwalifikowanego świadka (czyli duchownego lub urzędnika), jest wiążąca. W takim wypadku to małżeństwo byłoby ważne. Po powrocie do Polski, sprawdziłem. Nno nie do końca tak jest. Małżeństwo już by mogło być ważne i sakramentalne dla nas katolików, gdyby przed ślubem narzeczony zwrócił się do swojego biskupa o dyspensę od kanonicznej formy zawarcia małżeństwa. Tego nie zrobił. Nic jednak straconego. Teraz mogą się zwrócić do biskupa o uważnienie „w zawiązku” (sanatio in radice). Biskup po przebadaniu formy zawarcia małżeństwa, na podstawie zeznań świadków, może stwierdzić, że małżeństwo zostało ważnie zawarte. Nie muszą ponawiać zgody małżeńskiej.

Jak by nie było, najważniejsze, aby byli szczęśliwi. Bo ślub był piękny…